Liv rzadko wstawała wcześniej niż przed południem i zdecydowanie nie lubiła kiedy się ją budziło. Angie stwierdziła więc, że może być jeszcze za wcześnie na odwiedziny. Poszła najpierw na spacer popijając piwo. Świeże powietrze działało doskonale w odganianiu nieprzyjemnych myśli. Chodziła dosyć długo po pobliskim lesie, z pewną fascynacją oglądając otaczającą ją scenerię. Zaczynało już robić się gorąco, więc stwierdziła, że na pewno dała przyjaciółce wystarczająco dużo czasu na sen i już wkrótce była pod jej drzwiami. Zapukała i czekała aż ktoś otworzy. Po chwili w progu stanęła mama jej przyjaciółki. Miła, przyjemna, troskliwa kobieta po czterdziestce. Liv była do niej bardzo podobna, szczególnie na starych zdjęciach, które kiedyś oglądały.
- Dzień dobry. Jest Olivia?
- Dzień dobry, Angie. Miło Cię widzieć. Tak, wejdź, zawołam ją. Właśnie miałyśmy siadać do stołu. - powiedziała i ciepło się uśmiechnęła.
Dziewczyna weszła do domu i rozejrzała się. Mimo że odwiedzała Liv, niemalże codziennie i tak zawsze dokładnie przyglądała się wnętrzu, tak jakby była tutaj po raz pierwszy. Może to dlatego że u niej w domu było inaczej. Tutaj od progu czuło się rodzinną atmosferę. Przypominało jej to czasy kiedy mama jeszcze żyła, wtedy jej dom również tak wyglądał. Na ścianach wisiały zdjęcia i obrazy, z kuchni zawsze dochodziły przepiękne zapachy świeżo przygotowanego jedzenia i wypieków. W domu było czysto, przyjemnie i zawsze coś się działo. Jej przyjaciółka szybko się pojawiła i przerwała jej rozmyślenia.
- Angie! Cześć, jak ja Cię dawno nie widziałam. - powiedziała na powitanie Liv.
- Cześć. No faktycznie będzie ze dwa dni jak się widziałyśmy ostatni raz.
- No właśnie, dwa dni to kupa czasu. - zaśmiała się. Z kuchni usłyszały głos wołający je na obiad. Obie błyskawicznie się tam znalazły.
- Wszystko wyśmienicie pachnie, pani Brown.
- Ah, dziękuję bardzo. - kobieta uśmiechnęła się szczerze do gościa i również usiadła do stołu. Angie zauważyła w jej oczach coś jeszcze, jakby smutek, a nawet żal. Skąd się wziął? Czy to ze względu na nią? Może pani Brown coś zauważyła? Albo się domyśliła? Pytania napływały jedno za drugim i szybko wypełniały jej umysł. Przerwał je dopiero głos przyjaciółki.
- Nie masz żadnych planów na wieczór, nie? - Szatynka potrzebowała chwili żeby zupełnie powrócić do rzeczywistości.
- Nie, nie mam.
- Super! To pójdziesz ze mną.
- Gdzie?
- Umówiłam się ze znajomymi, czuj się zaproszona.
- Znajomymi? To znaczy z kim?
- To niespodzianka.
- Ehh, protestowanie nic nie da, co?
- Nope. - brunetka uśmiechnęła się dumnie.
Po obiedzie spędziły czas słuchając muzyki, rozmawiając i śmiejąc się, w międzyczasie Olivia przygotowała się do wyjścia. Założyła ciemne obcisłe jeansy, czarną koszulkę z logiem The Rolling Stones, conversy i katanę. Błyszczące, czarne, proste włosy sięgające do pasa zostawiła rozpuszczone. Oczy podkreśliła czarną kredką, a usta pomalowała burgundową szminką. Angie przyglądała się uważnie dziewczynie i nie mogła przestać myśleć o tym jak ładnie wygląda. Poczuła ukłucie zazdrości. Kiedy wychodziły mimowolnie spojrzała na siebie w lustrze. Obraz nędzy i rozpaczy jaki zobaczyła nie zaskoczył jej jakoś szczególnie. Choć rzadko na siebie patrzyła wiedziała, że zazwyczaj tak właśnie wygląda. Jako, że w domu niezbyt często było coś do jedzenia w ciągu ostatnich paru lat sporo schudła. Jej figura przypominała stracha na wróble, a wszystkie ubrania zawsze na niej wisiały. Policzki były zapadnięte. Jej włosy nadal miały ładny kolor jasnego brązu, ale zupełnie straciły blask. Jej cera była bardzo jasna, niemalże biała. Po nie najlepiej przespanej nocy, miała wory pod oczami. Jej spojrzenie było zmęczone i smutne.
Wyszły z domu rozmawiając, choć jak zwykle to głównie Olivia mówiła. Po drodze wstąpiły do sklepu i kupiły kilka butelek najtańszych alkoholi.
- No to dowiem się gdzie mnie prowadzisz i z kim mamy się spotkać? - Zapytała po chwili Angie.
- Jak będziemy na miejscu to się dowiesz. Gdybym Ci powiedziała to nie byłaby niespodzianka. - powiedziała z uśmiechem brunetka. Dziewczyna wiedziała, że dalsze pytania nic nie dadzą, więc westchnęła tylko głośno i dalej podążała za przyjaciółką.
Droga zajęła im sporo czasu. W pewnym momencie skręciły do lasu. Po kilkudziesięciu minutach chodzenia po małych dróżkach wyszły na niewielką polanę. Szły w kierunku kilku opuszczonych budynków. Kiedy były już niedaleko usłyszały hałas a zaraz później wybuch śmiechu.
- Już są, to dobrze. Chociaż raz przyszli pierwsi. - powiedziała Olivia bardziej do siebie niż do swojej towarzyszki.
Z budynku dochodziły dźwięki gitary i śpiew. Kiedy były już przy samym wejściu muzyka zamilkła i zastąpiły ją rozmowy. Angie od razu rozpoznała charakterystyczny głos. William. Była to osoba, która najbardziej dawała dziewczynie w kość. Jeszcze nigdy nie przeszedł obok niej nie nie rzucając jej żadnych docinek. Gdy tylko uświadomiła sobie kto czeka na nią w środku od razu zatrzymała się. Jej przyjaciółka widząc to również stanęła odwracając się do niej.
- Co się stało?
- Zwariowałaś? Jeszcze się pytasz? Nigdy w życiu nie spędzę w towarzystwie tego cholernego rudzielca nawet dwóch minut. Mam serdecznie dość tego wszystkiego, całego tego pierdolonego świata, a jego szczególnie.
- Angie. Wiem, że nie macie najlepszej historii. Przyprowadziłam Cię tutaj, bo chciałam was do siebie przekonać. Will to fajny facet. Naprawdę. Znam go bliżej już jakiś czas i jest naprawdę spoko. Musicie się tylko lepiej poznać i jestem pewna, że zaraz będziecie najlepszymi przyjaciółmi. - uśmiechnęła się trochę sztucznie i szatynka miała wrażenie, że bardziej próbuje przekonać do tych słów samą siebie. - Poza tym może nareszcie nauczysz się odpowiadać na takie docinki, a nie pokornie stać i ich wysłuchiwać. Wejdź chociaż na chwilę, proszę. - dziewczyna przemyślała to. Wiedziała, że Olivia nie pozwoli chłopakowi powiedzieć za dużo, poza tym perspektywa samotnego spaceru do domu, w którym czeka ojczym, nie wyglądała zbyt ciekawie. Rudy przynajmniej jej nie przypieprzy. W końcu powiedziała zrezygnowana:
- Dobra, niech ci będzie.
Weszły do środka. Liv szła pierwsza, a Angie kawałek za nią. Kiedy tylko brunetka weszła do pomieszczenia, w którym znajdowali się jej przyjaciele powitał ją zniecierpliwiony skrzek:
- No kurwa nareszcie ile można czekać do cholery?!
- Uspokój się kupiłyśmy wam za to po piwie.
- No. Chociaż tyle, ale zaraz jak to „kupiłyśmy”? Już całkiem Ci się klepki poprzestawiały?
- Nie, przyszłam z Angie. - powiedziała podając chłopakom po butelce.
- Angie? Jaką - nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna wyłoniła się właśnie z korytarza. - Chyba kurwa żartujesz? Co ten dzieciak niby będzie tu robił?
- Uspokój się, nie chcę żebyście się tu pozabijali. Znam się z Angie dłużej niż z wami i przyjaźnimy się, więc albo siedzisz cicho albo spierdalaj.
- Dobra, niech Ci będzie. - powiedział niezbyt zadowolony po chwili namysłu.
- No. A wy się chyba oficjalnie nie znacie. - zapytała drugiego chłopaka, który przez cały czas siedział niewzruszony na ziemi z gitarą na kolanach, popijając piwo.
- Angie, Jeff. Jeff, Angie - przedstawiła ich sobie i również usiadła na ziemi. To samo zrobiła szatynka. Teraz mogła się lepiej przyjrzeć chłopakom i zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej tego nie robiła. W szkole mieli razem zajęcia, więc siłą rzeczy często się widywali, ale zawsze unikała patrzenia w ich stronę, mając nadzieję, że dzięki temu uda jej się uniknąć głupich uwag. William był średniego wzrostu. Miał proste, rude włosy sięgające ramion, wystające kości policzkowe i oczy w zielono - szarym odcieniu. Ubrany był w ciemną koszulkę z nadrukami, skórzaną kurtkę, jeansy i trampki. Jednak najbardziej charakterystyczny był jego głos. Bardzo niski i skrzeczący z odrobiną wiecznej chrypy. Drugi z tej dwójki był mniej więcej tego samego wzrostu co jego kumpel. Jeff miał czarne włosy również sięgające ramion, smukłą twarz i brązowe oczy. Ubrany był w jeansy, białą koszulkę trampki i dżinsową katanę. Jej rozmyślenia przerwał głos przyjaciółki.
- Masz fajki?
- A skąd ten dzieciak miałby je mieć. – zapytał drwiąco Will. Natomiast dziewczyna nie odezwała się tylko wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów i podała je przyjaciółce. Po czym znów zajęła się rozmyślaniem i piciem piwa, którego pustą już do połowy butelkę trzymała w ręku. Olivia natomiast rzuciła chłopakowi mordercze spojrzenie.
Zaczęli rozmawiać jednak Angie nie mówiła za wiele. Odpowiadała tylko na okazjonalne pytania przyjaciółki. Z reguły była raczej małomówna i nieśmiała, obecność ludzi, z którymi nie miała najlepszych relacji zdecydowanie nie pomogła. Poza tym nie była w nastroju do rozmów. Zajęta rozmyślaniem nad swoją sytuacją, desperacko próbując znaleźć jakieś wyjście z tego piekła, które nazywała codziennością. Will co jakiś czas rzucał w jej stronę jakimś komentarzem, jednak były one zdecydowanie bardziej stonowane i rzadsze niż zazwyczaj. Mimo to w pewnym momencie dziewczyna miała już dosyć. Wstała i pożegnała się ze wszystkim mówiąc:
- Dobra ja już lecę.
- Co?! Tak wcześnie? - zbulwersowała się Liv.
- A co ty myślałaś? Wróci do domu, poprosi mamusię o przeczytanie bajeczki na dobranoc i zaśpiewanie kołysanki i pójdzie spać. Wiesz… jak się pospieszysz to może jeszcze zdążysz na dobranockę. - Zaśmiał się William.
- Zamknij się! Mógłbyś chociaż raz trzymać mordę na kłódkę i się kurwa nie odzywać wtedy kiedy nie trzeba! - wybuchła brunetka.
- Mówisz jakbyś go nie znała. Wtedy to by nie był Will. - wtrącił Jeffrey.
- Ej, a ty po czyjej jesteś stronie do cholery?! - krzyknął mocno wkurzony już rudzielec do swojego kumpla. Natomiast Angie podczas ich kłótni zdążyła wyjść z budynku i ruszyć w stronę domu. Miała tylko nadzieje, że pamięta drogę powrotną.
Podczas tego długiego spaceru myślała tylko o tym, że nareszcie uwolniła się od tego rudzielca i jego durnych, chamskich komentarzy na każdy temat. Kiedy dotarła do mieszkania. Stanęła przed drzwiami i zdała sobie sprawę, że właśnie spadła z deszczu pod rynnę. Przypomniała sobie, że przecież za tymi drzwiami czeka jej ojczym, który na pewno nie jest zadowolony z powodu jej nieobecności. Jednak weszła do środka mając nadzieję, że może zdążył już zasnąć. W korytarzu zdjęła buty i kurtkę, liczyła na to, że uda jej się przemknąć niezauważenie. Najciszej jak mogła ruszyła w stronę schodów. Światła były zapalone, a z salonu słychać było telewizor.
- Gdzieś ty kurwa była! – usłyszała jego krzyk kiedy przechodziła obok dużego pokoju. Przeklęła w myślach.
- U koleżanki. – powiedziała niepewnie po czym dostała otwartą dłonią w twarz tak, że upadła. Podniósł ją i popchnął na ścianę. Kolejne ciosy trafiały ją przy akompaniamencie najróżniejszych przekleństw wykrzykiwanych pod jej adresem. Kilka razy dostała w brzuch i klatkę piersiową. Dziewczyna nie mogła złapać oddechu, upadła na podłogę. Kopnął ją, później znowu i kolejny raz.
- Nigdy więcej nie wychodź z domu bez mojej wiedzy suko. Rozumiesz!? Masz być w domu kiedy kurwa wracam. Jasne do cholery!? – dziewczyna kiwnęła głową. Po tym wrócił do pokoju dalej przeklinając ją pod nosem. Usłyszała jak siada w fotelu i przełącza programy.
Leżała na podłodze i próbowała się podnieść, ale nie była w stanie. Nie mogła się ruszyć. Najgorsze co było w tym domu, nie licząc ojczyma, to były właśnie te pieprzone schody. Nie raz leżała lub siedziała na samym ich dole nawet kilka godzin. W końcu dotarła do swojego pokoju, sama nie była pewna jakim cudem. Położyła się na łóżku i już po chwili zasnęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz