wtorek, 10 grudnia 2024

4. Where will I be this time tomorrow? Jump in joy or sinking in sorrow?

            Znów przespałam całą podróż jednak tym razem obudziłam się jeszcze bardziej zmęczona. Ból głowy też zrobił się znacznie gorszy. Nie miałam przy sobie żadnych leków przeciwbólowych, także jako pierwszą muszę zlokalizować aptekę. Na lotnisku zapytałam o nią kobiety w punkcie informacji, która nie wyglądała na zbyt pewną tego co mówi. Może po prostu chciała się mnie pozbyć, nie zaszkodzi spróbować iść za jej instrukcjami. Szłam więc zatłoczonymi ulicami, a ludzie patrzyli na mnie albo z politowaniem albo z pogardą. Nie powiem, żebym jakoś bardzo im się dziwiła, w pewnym momencie zobaczyłam swoje odbicie w jednej z witryn i się przeraziłam. W końcu udało mi się znaleźć upragniony budynek. Połknęłam dwie tabletki naraz. Próbowałam złapać taksówkę nie marząc o niczym innym jak tylko znaleźć się w łóżku. Wtedy przypomniałam sobie, że przecież najpierw muszę odebrać klucze. 
        Kurwa…
        Podałam taksówkarzowi adres biura pana Moore’a. Kiedy dojechaliśmy wyjaśniłam, że muszę wejść tylko na chwilę i zapytałam czy mógłby poczekać. Po jego minie spodziewałam się, że odmówi, jednak spojrzał na mnie i się zlitował. Po chwili znów siedziałam w samochodzie podając adres mojego nowego domu. Jak się okazało, było to ładny kawałek, w dodatku utknęliśmy w korkach.



piątek, 6 grudnia 2024

3. Bottoms up

            Szłam już jakiś czas, albo w najbliższej okolicy nie było żadnych lokali albo poszłam w całkiem złym kierunku. W końcu moim oczom ukazała się pizzeria. Nie wyglądała jakby za chwilę miał ją zamknąć sanepid, a w środku było nawet parę osób, więc stwierdziłam, że może być. Z resztą byłam już tak głodna, że karaluchy mogłyby tańczyć walca na stole, a i tak bym to zignorowała. 
        Okazało się, że był to świetny wybór. Jedzenie było naprawdę pyszne, także na pewno wrócę tu w przyszłości. Wyszłam z restauracji i ruszyłam dalej zatłoczonymi ulicami paląc papierosa. Dotarłam do jakiegoś parku, chwilę chodziłam krętymi alejkami, a później usiadłam na ławce i patrzyłam na dzieci bawiące się na placu zabaw. Zaczęłam wspominać czasy kiedy sama byłam dzieckiem. Pamiętam jak chodziliśmy do parku całą rodziną, na samo to wspomnienie mimowolnie się uśmiechnęłam. Zawsze uwielbiałam parki, w sumie nadal tak jest. Pamiętam, że kiedy podróżowaliśmy nie mogliśmy wyjechać nie odwiedzając przynajmniej jednego. Odchyliłam głowę do tyłu zamykając oczy. Pozwoliłam wspomnieniom napływać do mojego umysłu jedno po drugim. Kiedy miałam dziesięć lat dostałam od taty na urodziny swoją pierwszą gitarę. Nauczył mnie na niej grać. Później zdecydowanie tego żałował kiedy siedziałam nad nią całymi nocami



wtorek, 3 grudnia 2024

2. Home sweet home

Miałam poprosić Letty żeby poleciała ze mną, ale zaczęła właśnie nową pracę i nie chciałam, żeby od razu ją zwolnili, bo jak tak dalej pójdzie to musiałabym zacząć ją utrzymywać. Wybrałam się więc sama. Podróż była długa i męcząca ale też ekscytująca. Miasto jest naprawdę piękne, a z każdą chwilą którą tu jestem utwierdzam się w przekonaniu, że to był najlepszy wybór. Z panem Moorem jestem umówiona jutro rano, przydałoby się przespać. Niestety we wszystkich hotelach, które nie miały cen z kosmosu, nie było już wolnych pokoi. Stwierdziłam, więc, że przejdę się po okolicy, pozwiedzam i na pewno znajdę jakiś motel niedaleko.         Chodziłam po tym jebanym mieście już chyba całe godziny. Nie wiedziałam gdzie jestem, ani gdzie idę, ale nie miałam siły żeby iść dalej. Nagle moim oczom ukazał się dość duży, piętrowy budynek z ogromnym, świecącym napisem „Motel”. Przez chwilę wahałam się czy wejść do środka, bo z zewnątrz wyglądał trochę jakby zaraz miał się zawalić. Popękane ściany, odpadający tynk i mocno zniszczone drzwi przed którymi stało kilka pustych butelek po jakimś tanim winie. W ogóle wszędzie było pełno paczek po fajkach, opakowań po pizzy, butelek po wypitych już trunkach i innych podejrzanych przedmiotów.






sobota, 23 listopada 2024

6. I can't save you if you don't let me

            Obudziła się i zdezorientowana rozejrzała po pokoju. W pierwszej chwili nie wiedziała gdzie jest, jednak szybko przypomniała sobie wczorajszy wieczór. Usiadła na łóżku i spojrzała na zegarek, 13:20. Dosyć późno, choć ostatnimi czasy rzadko wstawała wcześniej. Zaczęła się zastanawiać co zrobić teraz. Rozmyślania przerwało jej szczekanie psa. Wyjrzała przez okno i zobaczyła Jeffa idącego w kierunku domu z plecakiem na ramieniu. Zwierze oparte na płocie czekało na swojego właściciela wesoło merdając ogonem. Psina nie był duży, raczej średnich rozmiarów, najprawdopodobniej kundel. Był cały czarny, prócz lewego ucha które było bielutkie. Miał piękne brązowe, błyszczące oczy. Chłopak otworzył furtkę, przy której już czekało uradowane zwierzę. Pies zaczął skakać i szczekać wesoło. Brunet pogłaskał go i coś powiedział jednak Angie nie słyszała co. Przyglądała się jak Jeff zmierza w stronę drzwi wraz ze swoim towarzyszem i zastanawiała się czy i ona mogłaby mieć takie życie. Mieć normalną rodzinę, psa, ładny dom z zadbanym ogródkiem. Teraz to już chyba niemożliwe. Po tym co przeszła i co na pewno jeszcze będzie musiała przejść, to przegrana sprawa. Zawsze będą dręczyć ją wspomnienia. Dobrze wiedziała, że przenigdy nie zazna sielankowego życia. Jednak mimo iż była o tym przekonana zawsze wypierała takie myśli.




piątek, 22 listopada 2024

5. Those scars on your wrists are the mark of the world

            Obudziła się nieco zdezorientowana, z poczuciem wszechobecnego bólu. Nie pamiętała co prawda co wydarzyło się wczoraj, jednak biorąc pod uwagę fakt, że leżała w łóżku cała obolała i naga nie musiała wysilać wyobraźni. Łzy wypełniły jej oczy, a po chwili spływały po jej policzkach. Zauważyła, że ostatnio często jej się to zdarzało, zauważyła również, że ostatnimi czasy ojczym bił ją coraz częściej i był zdecydowanie bardziej brutalny. Czy to dlatego, że rzadziej bywała w domu? Czy to jest przejściowe, czy już tak zostanie, a może będzie jeszcze gorzej? Nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z tych pytań, przez co dręczyły ją jeszcze bardziej. W końcu po dłuższych zmaganiach udało jej się podnieść i powoli ruszyła w kierunku drzwi. Stanęła przed wejściem do pokoju i chwile nasłuchiwała, kiedy nie usłyszała żadnego dźwięku, stwierdziła że jest sama. Otworzyła drzwi i powoli, chwiejnym krokiem ruszyła w stronę łazienki. Cały czas trzymała się ściany bojąc się że się przewróci, a podejrzewała, że nie będzie w stanie wstać po raz drugi. Kiedy udało jej się dotrzeć do toalety, weszła pod prysznic i włączyła wodę. Po gorącym prysznicu wyszła z łazienki nie chcąc nawet patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Wiedziała, że wygląda teraz wyjątkowo żałośnie.



4. I know how you feel inside, I've been there before

            Kolejny tydzień cała czwórka spędziła głównie u Olivii. Pod nieobecność jej rodziców właśnie tam imprezowali właściwie codziennie. Słuchając muzyki, oglądając telewizję i pijąc. Angie jak zawsze nie odzywała się za bardzo i nie mogła powiedzieć, że zostali przyjaciółmi, ale ich relacje zdecydowanie się ociepliły. Jeffrey nawet kilka razy próbował nawiązać jakąś rozmowę, ale dziewczyna zawsze była tym tak speszona, że konwersacja szybko się kończyła. Choć William nadal jej docinał i to zdecydowanie częściej niż pozostałej dwójce, to docinki te były znacznie lżejsze niż poprzednio i raczej nie padały już w nich wyzwiska. Sam nie był do końca pewien skąd brała się ta zmiana nastawienia. Ani razu ze sobą nie rozmawiali, dziewczyna w ogóle rzadko kiedy się odzywała, więc na pewno nie mógł powiedzieć, że ją polubił. Zawsze była tak potwornie smutna, że można było dostać depresji od samego patrzenia. Choć przecież nie był to pierwszy raz kiedy zwrócił na to uwagę, była taka odkąd pamiętał. To co zaobserwował u dziewczyny po raz pierwszy przez ten tydzień to, że ten smutek nigdy nie znikał. Jej uśmiech nigdy nie sięgał oczu, nawet kiedy żartowała z Liv w oczach nadal miała tą smutną rezygnację. Może przez to było mu jej zwyczajnie żal.



3. Maybe you'll drink those tears away

            Szli ulicą, Olivia jak zwykle cały czas gadała, jednak żadne z towarzyszy jej nie słuchało. Pogrążeni we własnych myślach szli za dziewczyną nie zwracając na nic uwagi. Zatrzymali się przed monopolowym, a brunetka zebrała „zamówienia” przyjaciół, po czym ruszyła do sklepu. Kiedy wróciła zastała swoich znajomych, tak jak ich zostawiła. Ani dziewczyna, ani chłopak nie ruszyli się nawet o krok.
    - Niesamowite! Obydwoje nadal żyjecie. - Zawołała Olivia ze śmiechem, a po chwili dodała: - Czyli jednak można was zostawić samych. - Will miał ręce wciśnięte w kieszenie kurtki, patrzył na nią jednak zdecydowanie nie było mu do śmiechu. Natomiast Angie stała kawałek dalej tępo wpatrując się w ziemię. W tym momencie była na zupełnie innej planecie. - Hej, co wy macie takie grobowe miny? Idziemy się bawić, a nie na pogrzeb. - To również niewiele dało, zrezygnowana dodała więc: - Dobra, whatever. Idziemy?
    - Ta - Odpowiedział Will. Jednak szatynka nie odezwała się, nadal była całkowicie nieobecna. 
    - Heeej. Żyjesz? - Przyjaciółka stanęła przed nią i pomachała jej ręką przed oczami. W tym momencie dziewczyna ocknęła się i patrząc na Liv zdezorientowanym spojrzeniem powiedziała:
    - Co? Sorry wyłączyłam się na chwilę.
    - Idziemy?
    - Ah, tak.
        Wszyscy ruszyli przed siebie w nieznanym Angie kierunku. Ta podążała za nimi trzymając się kilka kroków z tyłu.




2. I see you standin’ on your own

        Rano obudził ją krzyk:

- Wstawaj do cholery. Zapierdalaj do sklepu i kup coś do żarcia, a przede wszystkim to piwo się skończyło, więc rusz łaskawie dupę! - krzyknął po czym zrzucił ją z łóżka.

Ledwo była w stanie się ruszyć, podniosła się najszybciej jak mogła i zmieniła ubrania na pierwsze lepsze jakie zobaczyła. Zeszła na dół, w kuchni na stole leżało trochę pieniędzy. Wzięła je i schowała do kieszeni, założyła kurtkę i buty. Nie miała pieniędzy na zbyt duże zakupy, więc kupiła tylko trochę podstawowych produktów. 

Po powrocie rozpakowała wszystko i spojrzała na zegarek, który pokazywał 14:20. Szybko przyrządziła prosty obiad. Jeden talerz postawiła na stole w kuchni, drugi wzięła ze sobą i szybkim krokiem weszła po schodach. Zamknęła drzwi swojego pokoju i usiadła przy biurku. Jedząc spoglądała przez okno, choć myślami była już daleko. W innym domu, w innej rodzinie, w zupełnie innym życiu. Po skończonym posiłku, poszła wziąć prysznic, starając się zmyć wspomnienia poprzedniego dnia i rozluźnić obolałe ciało. Wychodząc z łazienki usłyszała trzask drzwi wejściowych. Ojczym musiał widocznie gdzieś wyjść, co zdarzało się bardzo często i niezmiernie cieszyło dziewczynę. Założyła luźne spodnie i ciemną koszulkę z krótkim rękawem, która kiedyś miała z przodu nadruk, jednak teraz był on niemal całkiem sprany.






1. I got nowhere to be

Liv rzadko wstawała wcześniej niż przed południem i zdecydowanie nie lubiła kiedy się ją budziło.  Angie stwierdziła więc, że może być jeszcze za wcześnie na odwiedziny. Poszła najpierw na spacer popijając piwo. Świeże powietrze działało doskonale w odganianiu nieprzyjemnych myśli. Chodziła dosyć długo po pobliskim lesie, z pewną fascynacją oglądając otaczającą ją scenerię. Zaczynało już robić się gorąco, więc stwierdziła, że na pewno dała przyjaciółce wystarczająco dużo czasu na sen i już wkrótce była pod jej drzwiami. Zapukała i czekała aż ktoś otworzy. Po chwili w progu stanęła mama jej przyjaciółki. Miła, przyjemna, troskliwa kobieta po czterdziestce. Liv była do niej bardzo podobna, szczególnie na starych zdjęciach, które kiedyś oglądały. 
- Dzień dobry. Jest Olivia?
- Dzień dobry, Angie. Miło Cię widzieć. Tak, wejdź, zawołam ją. Właśnie miałyśmy siadać do stołu. - powiedziała i ciepło się uśmiechnęła.
Dziewczyna weszła do domu i rozejrzała się. Mimo że odwiedzała Liv, niemalże codziennie i tak zawsze dokładnie przyglądała się wnętrzu, tak jakby była tutaj po raz pierwszy. Może to dlatego że u niej w domu było inaczej. Tutaj od progu czuło się rodzinną atmosferę. Przypominało jej to czasy kiedy mama jeszcze żyła, wtedy jej dom również tak wyglądał. Na ścianach wisiały zdjęcia i obrazy, z kuchni zawsze dochodziły przepiękne zapachy świeżo przygotowanego jedzenia i wypieków.



poniedziałek, 21 października 2024

1. She was pretty, from New York City

Nowy Jork, kwiecień 1986r.


            - Moglibyśmy go sprzedać. - podniosłam głowę i spojrzałam na Roberta, ciekawa jego reakcji. On jednak wzruszył jedynie ramionami.
    - Moglibyśmy. 
        Znów zapadła cisza, siedzieliśmy tak już dłuższą chwilę rozmyślając nad tym co oznaczałaby sprzedaż domu. Oboje skrzętnie unikaliśmy tej rozmowy od pogrzebu, jednak teraz Robert musiał wracać do pracy, co oznaczało, że trzeba było podjąć jakąś decyzję. 
    - Jesteś pewna, że nie chcesz tu zostać?
    - Tak. Po co mi taka wielka chałupa? Zresztą przebywanie tu jest depresyjne jak cholera. 
    - Wiesz, że kiedyś przestałoby być depresyjne? 
     - Taa… dobrze wiesz, że nie należę do cierpliwych. - chłopak uśmiechnął się lekko.
    - To prawda. To co planujesz zrobić dalej? - wzruszyłam tylko ramionami nie odrywając wzroku od okna. Światła latarni i przejeżdżających samochodów rozmywały się na mokrej szybie. - Przeniosę się do ciepłego klimatu. - spojrzał na mnie zdziwiony - Jeśli będę musiała spędzić jeszcze choćby dzień z tym cholernym deszczem to dostane zapaści. 
- Nie wiem czy to najlepszy powód, żeby decydować o przeprowadzkach. - zaśmiał się. - Jeśli chcesz możesz jechać ze mną. 
- Do Szwecji? Tam chyba mają jeszcze gorszą pogodę? - tym razem zaśmialiśmy się oboje. - Co niby bym tam robiła? Nie znam nawet języka. Nie. Raczej ograniczę swoje przeprowadzki do tej strony oceanu. - podeszłam do lodówki po następne piwo.




Więcej --->


sobota, 19 października 2024

0. All alone I fall to pieces

Lafayette, Indiana, lipiec 1978 rok

Słońce chyliło się już ku zachodowi kiedy szła polną drogą. Sama nie wiedziała dokąd idzie, po prostu szła przed siebie. Lewą dłoń przyciska do prawego przedramienia, a spod jej palców wypływała krew. Włosy przyklejały się do jej mokrych od łez policzków. W pewnym momencie zatrzymała się i usiadła na ziemi. Plecami oparła się o wielkie, rozłożyste drzewo i spojrzała w niebo. Przez jej umysł przelatywało tysiące myśli. 
        Choć minęło tyle lat nadal doskonale pamiętała kiedy ojczym uderzył ją po raz pierwszy. Jej mama była chora przez długi czas i chociaż większość czasu była w domu, co jakiś czas musiała jechać do szpitala. Wtedy zostawała sama z ojczymem, który na ogół dobrze się nią zajmował, przynajmniej z perspektywy czasu. Zawsze miała co jeść i prawie codziennie odwoził ją do szkoły. Czasem nawet pomagał w lekcjach, a wieczorami razem oglądali telewizję. Jednak nie zawsze było tak różowo, były momenty kiedy na nią krzyczał, czasem zaczynał czymś rzucać, strasznie się go wtedy bała. Aż pewnego dnia w końcu ją uderzył. Prosto w twarz. Aż się przewróciła. Nigdy nie była do końca pewna dlaczego nie powiedziała o tym mamie, może gdyby wtedy się przyznała wszystko byłoby inaczej. Może nic by się nie zmieniło. Może i tak zostałaby zupełnie bez nikogo tylko dodatkowo nie miałaby gdzie mieszkać. Jeśli taka była alternatywa, to chyba wolała swoją rzeczywistość. Po śmierci mamy sytuacja szybko stała się dużo gorsza, a ciosy i obelgi były chlebem powszednim. Uważała, że ojczym naprawdę musiał kochać jej mamę, skoro kompletnie się zmienił po jej odejściu. Długo zajęło jej stwierdzenie, że w ogóle się nie zmienił, a jedynie ona zawsze była nieświadoma tego co działo się w jej własnym domu. W dniu pogrzebu po prostu zastąpiła matkę. Nie wiedziała czy ta zdawała sobie sprawę z tego, że mężczyzna w końcu podniesie rękę  również na jej córkę. Teraz już nigdy się nie dowie. 
        Często zastanawiała się też co stało się z jej ojcem. Matka nigdy o nim nie mówiła, a wszystkie jej pytania zbywała. Jedyne co wiedziała to że zostawił je zaraz po tym jak się urodziła i już nigdy więcej nie dał znaku życia. Pewnie zadawałaby więcej pytań, ale wtedy jeszcze nie miała powodów do naciskania na odpowiedzi. Byli wtedy szczęśliwi, a przynajmniej tak jej się wydawało. Jedyne co miała po ojcu to jedno zdjęcie które znalazła kiedyś przypadkiem i postanowiła zatrzymać nie mówiąc mamie. Podobno w domu było też kilka jego winyli, ale nie wiedziała, które. Teraz już nie miało to znaczenia, ojczym i tak prawie wszystkie już sprzedał. 
    Na początku ograniczał znęcanie się nad nią do ciosów poniżej szyi. W ten sposób nie było widać siniaków, a ona nie miała problemów z chodzeniem do szkoły. Pewnego dnia zaczął ją też gwałcić. Była zaskoczona jak ciężko było jej się po tym pozbierać. Przez tydzień nie była w stanie wyjść z domu. Później udawała, że była chora. Była to wymówka, której z czasem używała coraz częściej. Od pewno czasu nie ograniczał się już i często dostawała również w twarz. Nigdy nikomu o tym nie powiedziała, jej przyjaciółka wiele razy dawała jej szansę się wygadać, pytając dlaczego nie było jej w szkole, czy o to skąd wzięły się jej siniaki. Jednak dziewczyna nigdy nie powiedziała jej prawdy. Nie uważała żeby to miało jakoś pomóc. Bała się konsekwencji jakie by ją czekały. Dokąd by trafiła? Z czego miałaby żyć i gdzie? W dodatku nie miała pewności czy nie skrzywdziłby Olivii za udzielenie jej pomocy. Wiedziała, że był zupełnie nieprzewidywalny, niejednokrotnie się o tym przekonała. Nie mogła narazić przyjaciółki w ten sposób. Wolała żyć jako służąca i kozioł ofiarny ojczyma.
        Do jej oczu napływało coraz więcej łez. Starała się powstrzymać płacz i uspokoić oddech, ale nie mogła. Oparła głowę o pień drzewa i zamknęła oczy. W końcu udało jej się opanować. Z ręki przestała lecieć jej krew, a z oczu łzy. Oddech uspokoił się. Przez krótki czas siedziała jeszcze i patrzyła w gwiazdy jednak po chwili zasnęła wyczerpana.
  Obudziły ją promienie słońca, które niedawno wzeszło nad horyzont. Nie potrafiła powiedzieć ile czasu spała, nie na tyle by się wyspać, ale wystarczająco żeby mieć problem z podniesieniem się z ziemi. Już wcześniej była potwornie obolała, sen pod drzewem zdecydowanie nie pomógł. Z trudem wstała i ruszyła w kierunku domu. Po chwili usłyszała czyjeś roześmiane głosy. Kiedy przeszła jeszcze kawałek zobaczyła grupkę chłopaków z jej szkoły. Nie zauważyli jej i dalej rozmawiali. Miała na sobie podartą, zakrwawioną koszulkę i krótkie spodenki w równie kiepskim stanie. Włosy brudne, poplątane i posklejane krwią, a rękę rozciętą i całą w zaschniętej już krwi. Oczy mocno podkrążone i kilka siniaków, więc gdy tylko ich spostrzegła od razu skręciła. Nie chciała żeby ktoś ją teraz zobaczył, a już na pewno nie oni. Wystarczająco docinków słyszała każdego dnia. A żartów z jej aktualnego stanu na pewno by sobie nie darowali. Przez to, że skręciła musiała iść na około, więc do domu dotarła dopiero po prawie godzinie marszu. Ku jej zdziwieniu mieszkanie było puste. Spodziewała się kolejnej awantury, a tu taka miła niespodzianka. Zastanawiała się dokąd mógł pójść jej „kochany” tatuś. Poszła do łazienki i wzięła długi, gorący prysznic. Dokładnie umyła włosy i zmyła z siebie krew. Nucąc pod nosem poszła do swojego pokoju opatrzyła ranę na ręce i przebrała się. Ubrała na siebie jeansy i białą koszulkę. Włosy zostawiła rozpuszczone żeby szybciej wyschły. Zeszła na dół do kuchni i zajrzała do lodówki. Nie było w niej nic oprócz kilku butelek piwa. Był to raczej normalny widok w jej domu. To był zawsze najważniejszy punkt zakupów. Mogli głodować, ale zapasy alkoholu zawsze musiały być. Wyciągnęła więc jedyne, co było w lodówce. Założyła znoszone, brudne trampki, kurtkę i wraz ze swoim ,,obiadem” ruszyła do przyjaciółki.

0. We gonna go walkin’ through the park every day

Londyn, 1973 rok

3 czerwiec

        Ugh… znowu pada deszcz. Jesteśmy tu już trzeci dzień i ani na chwilę nie przestało. Tata obiecał, że pójdziemy do tego wielkiego parku, który widzieliśmy po drodze, ale przez deszcz nie możemy. Ciocia Janet powiedziała, że jutro na pewno będzie świecić słońce, ale ona codziennie tak mówi. Potwornie tu nudno, a Robert w kółko mi dokucza. Wczoraj zabrał mojego ulubionego pluszaka i oddał dopiero jak mama mu kazała, a później za karę nie mógł zjeść dokładki deseru. Ciocia Janet robi naprawdę dobre desery, i prawie codziennie jest inny. Mama obiecała, że weźmie od niej kilka przepisów i też będzie takie robić. Dzisiaj ma być ciasto, ciocia nazwała je Angel Food Cake. Moje ulubione ciasto to Devil’s Food Cake, więc to na pewno też będzie pycha. 

        Na obiedzie byli sąsiedzi cioci Janet, Państwo Hudson przyszli z synem. Saul ma tyle samo lat co ja. Jest naprawdę śmieszny i ma takie ładne włosy. Bawiliśmy się cały wieczór, później nawet Robert się do nas przyłączył. Tata powiedział, że możemy zabrać Saula na spacer po parku jak już przestanie padać. 

P.S. Okazało się, że Angel Food Cake jest całkiem niepodobne do mojego ulubionego ciasta. Byłam strasznie zawiedziona. 


4 czerwiec 

        Dzisiaj nareszcie przestało padać, więc rano poszliśmy wszyscy do parku tak jak tata obiecał. Nawet Ciocia Janet z nami była. No i zaprosiliśmy też Saula. Park jest naprawdę śliczny, chociaż nie było zbyt dużo kwiatów, a je najbardziej lubię. Bawiliśmy się w berka i karmiliśmy ptaki. Tata nawet nauczył nas wszystkich puszczać kaczki. Później poszliśmy do lodziarni, a mama pozwoliła mi wziąć aż dwie gałki! Wybrałam czekoladowy i karmelowy smak. Były pycha. Jak wróciliśmy do domu pomogłam mamie i cioci zrobić obiad. A po południu wszyscy oglądaliśmy telewizję. To był naprawdę super dzień.


5 czerwiec

Zaraz po śniadaniu rodzice kazali nam się ładnie ubrać i powiedzieli, że wszyscy jedziemy do jakiegoś muzeum. Oboje z Robertem chcieliśmy zostać w domu, ale tata się nie zgodził. Na szczęście jak wychodziliśmy zobaczyliśmy Saula, powiedział, że idzie się spotkać z kolegami i udało nam się przekonać tatę, żebyśmy mogli pójść z nim. Koledzy Saula od razu polubili Roberta, ale dla mnie nie byli zbyt mili. Chyba jednak wolałabym jechać z rodzicami nudzić się w muzeum. 


6 czerwiec

Dzisiaj cały dzień było bardzo gorąco i dosyć nudno, więc po południu rodzice pozwolili nam iść do lodziarni niedaleko. Ciocia Janet wyjaśniła nam drogę i kilka razy kazała powtórzyć, żebyśmy zapamiętali i się nie zgubili. Po drodze spotkaliśmy Saula, na szczęście był bez kolegów, więc poszliśmy na lody we trójkę. Jak zjedliśmy Saul powiedział, że pokaże nam fajne miejsce, ale jak przechodziliśmy przez murek zahaczyłam o coś i rozcięłam sobie rękę. Leciała mi krew i strasznie bolało. Pomogli mi wstać, Robert zawinął swoją koszulkę dookoła rany, a Saul rozśmieszał mnie całą drogę do domu. Mama bardzo się wystraszyła i zaczęła na nas krzyczeć. Zabandażowała mi rękę i zagroziła, że więcej nigdzie nas nie puści. Tata, też był bardzo zdenerwowany. Robert uważał, że to wszystko wina Saula i był na niego bardzo zły. Nie chciał się nawet z nami bawić.


7 czerwiec

Jutro wracamy do domu. Szkoda, że nie spędzimy tu więcej czasu, ale trochę się też cieszę, bo tęsknię już za koleżankami, szczególnie za Letty. Saul przyszedł dzisiaj zapytać jak się czuję. Później postanowiliśmy pójść na spacer. Robert nie chciał iść razem z nami. Saul zaprowadził mnie do parku niedaleko. Ten nie był aż tak duży, ale było tu zdecydowanie więcej kwiatów. Było też dużo ptaków do karmienia i mogliśmy puszczać kaczki. Saul powiedział, że szkoda, że mieszkam tak daleko, gdybym mieszkała u cioci Janet na stałe to moglibyśmy codziennie chodzić na takie spacery do parku i bawić się. Powiedział też, że w Londynie jest bardzo dużo parków, więc muszę jeszcze kiedyś przyjechać, żeby wszystkie zobaczyć. Nagle potwornie się rozpadało, więc wróciliśmy do domu całkiem przemoknięci. Mama znowu była strasznie zła. Kiedy się żegnaliśmy obiecaliśmy, że jeszcze kiedyś się spotkamy. 


poniedziałek, 14 października 2024

Powitanie

 Drogi Czytelniku.

"Witam na moim blogu. Wstawiać tutaj będę swoje opowiadania o Guns N Roses. Mam nadzieję, że miło będzie Ci się to czytać. Będę się starać wstawiać regularnie nowe rozdziały. Proszę zostaw komentarz, kiedy będę wiedziała, że ktoś to czyta zmotywuje mnie to do pracy. Jeśli masz jakieś uwagi lub pytania napisz w komentarzu, bądź na moim gg: 48661905, z chęcią wysłucham każdej rady i odpowiem na wszystkie pytania. Tymczasem zapraszam Cię do lektury.  :)"

Napisałam to 9 lat temu, a dokładniej w maju 2015r. Czas naprawdę zapierdala. Ostatnio przez przypadek znów trafiłam na tego bloga i po przeczytaniu tego co tu zamieściłam poczułam chęć kontynuowania. 
Przyznam, że kompletnie nie pamiętam jakie miałam plany wobec historii, które zaczęłam, nie wiem też ile czasu będę w stanie temu poświęcić, ani jak długo potrwa moje zainteresowanie. Ale chciałabym spróbować.
Jak na razie zdjęłam wszystko co było tu zamieszczone, bo uważam, że mogę to trochę poprawić. Szczególnie moje pierwsze opowiadanie, którego nazwanie "opowiadaniem" jest bardzo szczodre. Dlatego też postanowiłam zacząć z czystą kartą. 
Tak więc po raz drugi, witam i zapraszam do lektury.