wtorek, 10 grudnia 2024
4. Where will I be this time tomorrow? Jump in joy or sinking in sorrow?
piątek, 6 grudnia 2024
3. Bottoms up
wtorek, 3 grudnia 2024
2. Home sweet home
sobota, 23 listopada 2024
6. I can't save you if you don't let me
piątek, 22 listopada 2024
5. Those scars on your wrists are the mark of the world
4. I know how you feel inside, I've been there before
3. Maybe you'll drink those tears away
2. I see you standin’ on your own
Rano obudził ją krzyk:
- Wstawaj do cholery. Zapierdalaj do sklepu i kup coś do żarcia, a przede wszystkim to piwo się skończyło, więc rusz łaskawie dupę! - krzyknął po czym zrzucił ją z łóżka.
Ledwo była w stanie się ruszyć, podniosła się najszybciej jak mogła i zmieniła ubrania na pierwsze lepsze jakie zobaczyła. Zeszła na dół, w kuchni na stole leżało trochę pieniędzy. Wzięła je i schowała do kieszeni, założyła kurtkę i buty. Nie miała pieniędzy na zbyt duże zakupy, więc kupiła tylko trochę podstawowych produktów.
Po powrocie rozpakowała wszystko i spojrzała na zegarek, który pokazywał 14:20. Szybko przyrządziła prosty obiad. Jeden talerz postawiła na stole w kuchni, drugi wzięła ze sobą i szybkim krokiem weszła po schodach. Zamknęła drzwi swojego pokoju i usiadła przy biurku. Jedząc spoglądała przez okno, choć myślami była już daleko. W innym domu, w innej rodzinie, w zupełnie innym życiu. Po skończonym posiłku, poszła wziąć prysznic, starając się zmyć wspomnienia poprzedniego dnia i rozluźnić obolałe ciało. Wychodząc z łazienki usłyszała trzask drzwi wejściowych. Ojczym musiał widocznie gdzieś wyjść, co zdarzało się bardzo często i niezmiernie cieszyło dziewczynę. Założyła luźne spodnie i ciemną koszulkę z krótkim rękawem, która kiedyś miała z przodu nadruk, jednak teraz był on niemal całkiem sprany.
1. I got nowhere to be
poniedziałek, 21 października 2024
1. She was pretty, from New York City
- Moglibyśmy go sprzedać. - podniosłam głowę i spojrzałam na Roberta, ciekawa jego reakcji. On jednak wzruszył jedynie ramionami.
- Moglibyśmy.
Znów zapadła cisza, siedzieliśmy tak już dłuższą chwilę rozmyślając nad tym co oznaczałaby sprzedaż domu. Oboje skrzętnie unikaliśmy tej rozmowy od pogrzebu, jednak teraz Robert musiał wracać do pracy, co oznaczało, że trzeba było podjąć jakąś decyzję.
- Jesteś pewna, że nie chcesz tu zostać?
- Tak. Po co mi taka wielka chałupa? Zresztą przebywanie tu jest depresyjne jak cholera.
- Wiesz, że kiedyś przestałoby być depresyjne?
- Taa… dobrze wiesz, że nie należę do cierpliwych. - chłopak uśmiechnął się lekko.
- To prawda. To co planujesz zrobić dalej? - wzruszyłam tylko ramionami nie odrywając wzroku od okna. Światła latarni i przejeżdżających samochodów rozmywały się na mokrej szybie. - Przeniosę się do ciepłego klimatu. - spojrzał na mnie zdziwiony - Jeśli będę musiała spędzić jeszcze choćby dzień z tym cholernym deszczem to dostane zapaści.
sobota, 19 października 2024
0. All alone I fall to pieces
Lafayette, Indiana, lipiec 1978 rok
Choć minęło tyle lat nadal doskonale pamiętała kiedy ojczym uderzył ją po raz pierwszy. Jej mama była chora przez długi czas i chociaż większość czasu była w domu, co jakiś czas musiała jechać do szpitala. Wtedy zostawała sama z ojczymem, który na ogół dobrze się nią zajmował, przynajmniej z perspektywy czasu. Zawsze miała co jeść i prawie codziennie odwoził ją do szkoły. Czasem nawet pomagał w lekcjach, a wieczorami razem oglądali telewizję. Jednak nie zawsze było tak różowo, były momenty kiedy na nią krzyczał, czasem zaczynał czymś rzucać, strasznie się go wtedy bała. Aż pewnego dnia w końcu ją uderzył. Prosto w twarz. Aż się przewróciła. Nigdy nie była do końca pewna dlaczego nie powiedziała o tym mamie, może gdyby wtedy się przyznała wszystko byłoby inaczej. Może nic by się nie zmieniło. Może i tak zostałaby zupełnie bez nikogo tylko dodatkowo nie miałaby gdzie mieszkać. Jeśli taka była alternatywa, to chyba wolała swoją rzeczywistość. Po śmierci mamy sytuacja szybko stała się dużo gorsza, a ciosy i obelgi były chlebem powszednim. Uważała, że ojczym naprawdę musiał kochać jej mamę, skoro kompletnie się zmienił po jej odejściu. Długo zajęło jej stwierdzenie, że w ogóle się nie zmienił, a jedynie ona zawsze była nieświadoma tego co działo się w jej własnym domu. W dniu pogrzebu po prostu zastąpiła matkę. Nie wiedziała czy ta zdawała sobie sprawę z tego, że mężczyzna w końcu podniesie rękę również na jej córkę. Teraz już nigdy się nie dowie.
Do jej oczu napływało coraz więcej łez. Starała się powstrzymać płacz i uspokoić oddech, ale nie mogła. Oparła głowę o pień drzewa i zamknęła oczy. W końcu udało jej się opanować. Z ręki przestała lecieć jej krew, a z oczu łzy. Oddech uspokoił się. Przez krótki czas siedziała jeszcze i patrzyła w gwiazdy jednak po chwili zasnęła wyczerpana.
Obudziły ją promienie słońca, które niedawno wzeszło nad horyzont. Nie potrafiła powiedzieć ile czasu spała, nie na tyle by się wyspać, ale wystarczająco żeby mieć problem z podniesieniem się z ziemi. Już wcześniej była potwornie obolała, sen pod drzewem zdecydowanie nie pomógł. Z trudem wstała i ruszyła w kierunku domu. Po chwili usłyszała czyjeś roześmiane głosy. Kiedy przeszła jeszcze kawałek zobaczyła grupkę chłopaków z jej szkoły. Nie zauważyli jej i dalej rozmawiali. Miała na sobie podartą, zakrwawioną koszulkę i krótkie spodenki w równie kiepskim stanie. Włosy brudne, poplątane i posklejane krwią, a rękę rozciętą i całą w zaschniętej już krwi. Oczy mocno podkrążone i kilka siniaków, więc gdy tylko ich spostrzegła od razu skręciła. Nie chciała żeby ktoś ją teraz zobaczył, a już na pewno nie oni. Wystarczająco docinków słyszała każdego dnia. A żartów z jej aktualnego stanu na pewno by sobie nie darowali. Przez to, że skręciła musiała iść na około, więc do domu dotarła dopiero po prawie godzinie marszu. Ku jej zdziwieniu mieszkanie było puste. Spodziewała się kolejnej awantury, a tu taka miła niespodzianka. Zastanawiała się dokąd mógł pójść jej „kochany” tatuś. Poszła do łazienki i wzięła długi, gorący prysznic. Dokładnie umyła włosy i zmyła z siebie krew. Nucąc pod nosem poszła do swojego pokoju opatrzyła ranę na ręce i przebrała się. Ubrała na siebie jeansy i białą koszulkę. Włosy zostawiła rozpuszczone żeby szybciej wyschły. Zeszła na dół do kuchni i zajrzała do lodówki. Nie było w niej nic oprócz kilku butelek piwa. Był to raczej normalny widok w jej domu. To był zawsze najważniejszy punkt zakupów. Mogli głodować, ale zapasy alkoholu zawsze musiały być. Wyciągnęła więc jedyne, co było w lodówce. Założyła znoszone, brudne trampki, kurtkę i wraz ze swoim ,,obiadem” ruszyła do przyjaciółki.
0. We gonna go walkin’ through the park every day
Londyn, 1973 rok
3 czerwiec
Ugh… znowu pada deszcz. Jesteśmy tu już trzeci dzień i ani na chwilę nie przestało. Tata obiecał, że pójdziemy do tego wielkiego parku, który widzieliśmy po drodze, ale przez deszcz nie możemy. Ciocia Janet powiedziała, że jutro na pewno będzie świecić słońce, ale ona codziennie tak mówi. Potwornie tu nudno, a Robert w kółko mi dokucza. Wczoraj zabrał mojego ulubionego pluszaka i oddał dopiero jak mama mu kazała, a później za karę nie mógł zjeść dokładki deseru. Ciocia Janet robi naprawdę dobre desery, i prawie codziennie jest inny. Mama obiecała, że weźmie od niej kilka przepisów i też będzie takie robić. Dzisiaj ma być ciasto, ciocia nazwała je Angel Food Cake. Moje ulubione ciasto to Devil’s Food Cake, więc to na pewno też będzie pycha.
Na obiedzie byli sąsiedzi cioci Janet, Państwo Hudson przyszli z synem. Saul ma tyle samo lat co ja. Jest naprawdę śmieszny i ma takie ładne włosy. Bawiliśmy się cały wieczór, później nawet Robert się do nas przyłączył. Tata powiedział, że możemy zabrać Saula na spacer po parku jak już przestanie padać.
P.S. Okazało się, że Angel Food Cake jest całkiem niepodobne do mojego ulubionego ciasta. Byłam strasznie zawiedziona.
4 czerwiec
Dzisiaj nareszcie przestało padać, więc rano poszliśmy wszyscy do parku tak jak tata obiecał. Nawet Ciocia Janet z nami była. No i zaprosiliśmy też Saula. Park jest naprawdę śliczny, chociaż nie było zbyt dużo kwiatów, a je najbardziej lubię. Bawiliśmy się w berka i karmiliśmy ptaki. Tata nawet nauczył nas wszystkich puszczać kaczki. Później poszliśmy do lodziarni, a mama pozwoliła mi wziąć aż dwie gałki! Wybrałam czekoladowy i karmelowy smak. Były pycha. Jak wróciliśmy do domu pomogłam mamie i cioci zrobić obiad. A po południu wszyscy oglądaliśmy telewizję. To był naprawdę super dzień.
5 czerwiec
Zaraz po śniadaniu rodzice kazali nam się ładnie ubrać i powiedzieli, że wszyscy jedziemy do jakiegoś muzeum. Oboje z Robertem chcieliśmy zostać w domu, ale tata się nie zgodził. Na szczęście jak wychodziliśmy zobaczyliśmy Saula, powiedział, że idzie się spotkać z kolegami i udało nam się przekonać tatę, żebyśmy mogli pójść z nim. Koledzy Saula od razu polubili Roberta, ale dla mnie nie byli zbyt mili. Chyba jednak wolałabym jechać z rodzicami nudzić się w muzeum.
6 czerwiec
Dzisiaj cały dzień było bardzo gorąco i dosyć nudno, więc po południu rodzice pozwolili nam iść do lodziarni niedaleko. Ciocia Janet wyjaśniła nam drogę i kilka razy kazała powtórzyć, żebyśmy zapamiętali i się nie zgubili. Po drodze spotkaliśmy Saula, na szczęście był bez kolegów, więc poszliśmy na lody we trójkę. Jak zjedliśmy Saul powiedział, że pokaże nam fajne miejsce, ale jak przechodziliśmy przez murek zahaczyłam o coś i rozcięłam sobie rękę. Leciała mi krew i strasznie bolało. Pomogli mi wstać, Robert zawinął swoją koszulkę dookoła rany, a Saul rozśmieszał mnie całą drogę do domu. Mama bardzo się wystraszyła i zaczęła na nas krzyczeć. Zabandażowała mi rękę i zagroziła, że więcej nigdzie nas nie puści. Tata, też był bardzo zdenerwowany. Robert uważał, że to wszystko wina Saula i był na niego bardzo zły. Nie chciał się nawet z nami bawić.
7 czerwiec
Jutro wracamy do domu. Szkoda, że nie spędzimy tu więcej czasu, ale trochę się też cieszę, bo tęsknię już za koleżankami, szczególnie za Letty. Saul przyszedł dzisiaj zapytać jak się czuję. Później postanowiliśmy pójść na spacer. Robert nie chciał iść razem z nami. Saul zaprowadził mnie do parku niedaleko. Ten nie był aż tak duży, ale było tu zdecydowanie więcej kwiatów. Było też dużo ptaków do karmienia i mogliśmy puszczać kaczki. Saul powiedział, że szkoda, że mieszkam tak daleko, gdybym mieszkała u cioci Janet na stałe to moglibyśmy codziennie chodzić na takie spacery do parku i bawić się. Powiedział też, że w Londynie jest bardzo dużo parków, więc muszę jeszcze kiedyś przyjechać, żeby wszystkie zobaczyć. Nagle potwornie się rozpadało, więc wróciliśmy do domu całkiem przemoknięci. Mama znowu była strasznie zła. Kiedy się żegnaliśmy obiecaliśmy, że jeszcze kiedyś się spotkamy.