Nowy Jork, kwiecień 1986r.
- Moglibyśmy go sprzedać. - podniosłam głowę i spojrzałam na Roberta, ciekawa jego reakcji. On jednak wzruszył jedynie ramionami.
- Moglibyśmy.
Znów zapadła cisza, siedzieliśmy tak już dłuższą chwilę rozmyślając nad tym co oznaczałaby sprzedaż domu. Oboje skrzętnie unikaliśmy tej rozmowy od pogrzebu, jednak teraz Robert musiał wracać do pracy, co oznaczało, że trzeba było podjąć jakąś decyzję.
- Jesteś pewna, że nie chcesz tu zostać?
- Tak. Po co mi taka wielka chałupa? Zresztą przebywanie tu jest depresyjne jak cholera.
- Wiesz, że kiedyś przestałoby być depresyjne?
- Taa… dobrze wiesz, że nie należę do cierpliwych. - chłopak uśmiechnął się lekko.
- To prawda. To co planujesz zrobić dalej? - wzruszyłam tylko ramionami nie odrywając wzroku od okna. Światła latarni i przejeżdżających samochodów rozmywały się na mokrej szybie. - Przeniosę się do ciepłego klimatu. - spojrzał na mnie zdziwiony - Jeśli będę musiała spędzić jeszcze choćby dzień z tym cholernym deszczem to dostane zapaści.
- Nie wiem czy to najlepszy powód, żeby decydować o przeprowadzkach. - zaśmiał się. - Jeśli chcesz możesz jechać ze mną.
- Do Szwecji? Tam chyba mają jeszcze gorszą pogodę? - tym razem zaśmialiśmy się oboje. - Co niby bym tam robiła? Nie znam nawet języka. Nie. Raczej ograniczę swoje przeprowadzki do tej strony oceanu. - podeszłam do lodówki po następne piwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz