3. Bottoms up

            Szłam już jakiś czas, albo w najbliższej okolicy nie było żadnych lokali albo poszłam w całkiem złym kierunku. W końcu moim oczom ukazała się pizzeria. Nie wyglądała jakby za chwilę miał ją zamknąć sanepid, a w środku było nawet parę osób, więc stwierdziłam, że może być. Z resztą byłam już tak głodna, że karaluchy mogłyby tańczyć walca na stole, a i tak bym to zignorowała. 
        Okazało się, że był to świetny wybór. Jedzenie było naprawdę pyszne, także na pewno wrócę tu w przyszłości. Wyszłam z restauracji i ruszyłam dalej zatłoczonymi ulicami paląc papierosa. Dotarłam do jakiegoś parku, chwilę chodziłam krętymi alejkami, a później usiadłam na ławce i patrzyłam na dzieci bawiące się na placu zabaw. Zaczęłam wspominać czasy kiedy sama byłam dzieckiem. Pamiętam jak chodziliśmy do parku całą rodziną, na samo to wspomnienie mimowolnie się uśmiechnęłam. Zawsze uwielbiałam parki, w sumie nadal tak jest. Pamiętam, że kiedy podróżowaliśmy nie mogliśmy wyjechać nie odwiedzając przynajmniej jednego. Odchyliłam głowę do tyłu zamykając oczy. Pozwoliłam wspomnieniom napływać do mojego umysłu jedno po drugim. Kiedy miałam dziesięć lat dostałam od taty na urodziny swoją pierwszą gitarę. Nauczył mnie na niej grać. Później zdecydowanie tego żałował kiedy siedziałam nad nią całymi nocami. Chociaż na pewno bardziej żałował zakupu elektryka parę lat później, bo wtedy nikt w domu nie spał. Miałam dobre relacje z obojgiem, jednak muszę przyznać, że zawsze byłam córeczką tatusia. Moje rozmyślania przerwała piłka, która upadła na ławkę obok mnie. Odrzuciłam ją w stronę grupki dzieci, które bawiły się niedaleko, a następnie poszłam dalej. 
        Robiło się szaro, spojrzałam na zegarek, który wskazywał 18:40. Postanowiłam uczcić dzisiejsze osiągnięcia. Po około dziesięciu minutach spaceru tętniącymi życiem ulicami L.A. zobaczyłam bar „Roxy”. Weszłam do środka, było wcześnie, więc nie było zbyt dużo ludzi. Nie mogę powiedzieć, żeby ten fakt mnie martwił. Miałam ochotę na parę drinków, za to niezbyt na spędzanie czasu wśród tłumu pijanych ludzi. 
Podeszłam do baru i siadłam na wysokim krześle.
    - Co dla ciebie? - Zapytał barman miłym głosem.
    - Daniels’a. - Odpowiedziałam z uśmiechem.
    - Już się robi. - Powiedział i również się uśmiechnął. Po chwili stała przede mną szklanka z moim ukochanym trunkiem. 
    - Trochę wcześnie na picie w samotności. - Na te słowa zaśmiałam się.
    - Nie martw się to nie depresyjny drink. Chciałam uczcić dzisiejszy dzień.
    - W samotności? Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale to jeszcze bardziej depresyjne. - Znów się zaśmiałam.
    - Cóż, nikogo tu nie znam. Jak wrócę do domu to obleję to porządnie ze znajomymi. - Na te słowa barman nalał do kieliszka wódki i wyciągnął do mnie rękę.
    - Mark. 
  - Valentina. - Uścisnęłam jego dłoń z uśmiechem. Stuknęliśmy się kieliszkami i wychyliliśmy swoje trunki.
    - Ciekawe imię. 
    - A dziękuję, nie powiem żebym tego często nie słyszała. - Uśmiechnęłam się.
    - To co świętujemy?
    - Kupiłam dom. - Powiedziałam dumnym głosem posyłając mojemu rozmówcy szeroki uśmiech.
    - No to tu mnie zaskoczyłaś. - Zaśmiał się. - Nie za młoda jesteś na takie wyczyny? 
  - Się okaże. - Wzruszyłam tylko ramionami podnosząc do góry szklankę z trunkiem w geście toastu, a następnie wypiłam resztę jej zawartości. Mark zaśmiał się.
    - Wydaje mi się, że podejście masz dobre. To skąd się przeprowadzasz?
    - Nowy Jork.
    - O cholera, to kawał drogi. Uciekasz przed glinami, czy co? 
    - Niee, potrzebowałam zmiany otoczenia.
    - Drastyczna zmiana, ale i godna podziwu. 
        Czas mijał, a do baru przychodziło coraz więcej ludzi, którzy co chwilę przerywali nasze fascynujące rozmowy aby złożyć zamówienie. Wypiłam już kilka szklanek Daniels’a i zaczynało mi szumieć w głowie. Co chwilę spławiałam jakiś gości, którzy próbowali mnie poderwać tymi swoimi beznadziejnymi, płytkimi tekstami. Zrobiło się to na tyle upierdliwe, że stwierdziłam, że czas się zbierać. Chciałam jeszcze zapalić kończąc drinka, wyciągnęłam, więc paczkę Marlboro i z papierosem w ustach zaczęłam szukać zapalniczki. Po raz kolejny wkładałam ręce do tych samych kieszeni wyklinając zgubę i już miałam się poddać kiedy zobaczyłam płomień przed swoją twarzą. Spojrzałam w stronę mojego wybawcy i zamarłam.
        Widzę przed sobą chyba najprzystojniejszego faceta na ziemi i zastanawiam się czy on tutaj jest naprawdę, czy po prostu przesadziłam z Daniels’em. Długie ciemne włosy opadały na skórzaną kurtkę, pod którą widziałam koszulkę Ramones. Kolczyk w nosie był wyjątkowo seksowny. Chyba jednak jest tutaj naprawdę. Cholera! Chwilę mi zajęło żeby pozbierać szczękę z podłogi, a on tak stał i czekał i patrzył na mnie tymi pięknymi, ciemnymi oczami. Już zrobiłam z siebie idiotkę. Zajebiście. W końcu się ogarnęłam i odpaliłam fajkę jego zapalniczką.
    - Dzięki. - Powiedziałam i szczerze się do niego uśmiechnęłam.
    - Rachel jestem. - Podał mi rękę i siadł na krześle obok.
    - Val. - Odpowiedziałam ściskając jego dłoń. - Fajna koszulka.
        Mój komentarz rozpoczął rozmowę o muzyce, jednak w pewnym momencie chłopak zmienił temat.
    - Jak to się stało, że nigdy wcześniej Cię tu nie widziałem? - Głupio zachichotałam. Chryste nie wiedziałam, że potrafię wydobyć z siebie taki dźwięk. 
    - Dopiero przyjechałam. 
    - Ah, no to wszystko jasne. To skąd jesteś? 
    - Nowy Jork.
    - Żartujesz! Ja jestem z New Jersey. - Zawołał z wielkim uśmiechem. Uśmiechnięty jakimś cudem wyglądał jeszcze lepiej. 
    - Nie gadaj!
    - No tak. Born and raised. - Zaśmialiśmy się oboje na ten nieprawdopodobny przypadek. - To co Cię sprowadza tak daleko od domu?
    - Ah, nic ciekawego. Po prostu potrzebowałam zmiany. - Chwilę zastanawiałam się nad tą odpowiedzią. Czy rzeczywiście tak było? Czy Letty miała rację i uciekam od problemu, który w końcu i tak mnie dopadnie? Odgoniłam od siebie ponure myśli nie chcąc psuć tego miłego wieczoru i znów zwróciłam się do mojego rozmówcy. - A Ty? Jak trafiłeś tak daleko?
    - A no tak sobie graliśmy z zespołem to tu to tam i w końcu trafiliśmy do LA.
    - Grasz w zespole? Ciekawe, ciekawe. Na czym? 
    - Bas.
    - No to mam nadzieję, że kiedyś was posłucham. 
        Nagle poczułam jak bardzo jestem zmęczona ostatnimi dniami i pomyślałam o tym, że jutro muszę wrócić do domu. Spojrzałam na zegarek - 23:20. O cholera, trochę się zasiedziałam.
    - No skoro taka jesteś entuzjastyczna, to chętnie Cię zaproszę na próbę. - Uśmiechnął się do mnie zalotnie.
    - Bardzo chętnie skorzystam, ale następnym razem. Teraz niestety czas się zbierać, bo jutro muszę złapać samolot.
    - Samolot? Zdecydowanie miałem nadzieję, że zostaniesz na dłużej. - Ku mojemu zaskoczeniu wyglądał na rzeczywiście zawiedzionego. Uśmiechnęłam się.
    - Za miesiąc wrócę.
    - Ufff, długo.
    - Wystarczająco żebyś o mnie zapomniał. - Zaśmiałam się.
    - O Tobie? Nigdy. - Miał w oczach coś dziwnego, czego nie potrafiłam nazwać. Wstałam z miejsca a Rachel poszedł w moje ślady. - W takim razie Cię odprowadzę. 
        Już miałam odpowiedzieć kiedy nagle na moim rozmówcy uwiesił się ledwo przytomny, wysoki, blondyn.
    - Tutaj jesteś! A my Cię wszędzie szukamy skurwysynie. - Po tych słowach odwrócił się w moją stronę, a po chwili na jego twarzy rozkwitł wielki uśmiech. - O! Witam ślicznotkę. Sebastian jestem. 
        Zakładam, że to kolejna osoba z jego zespołu. Chryste, czy oni zebrali najprzystojniejszych facetów w kraju? Nie zdążyłam odpowiedzieć zanim ten chyba zapomniał o moim istnieniu i zaczął krzyczeć coś niezbyt dla mnie zrozumiałego gdzieś w głąb sali. Zaśmiałam się podczas kiedy Rachel wyklinał go próbując utrzymać ich oboje na nogach. 
    - Wygląda na to, że masz już pełne ręce. Do zobaczenia. - Widziałam, że szatyn chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak Sebastian znowu zaczął coś krzyczeć bóg jeden wie do kogo. 
        Pomachałam jeszcze Markowi na pożegnanie i wyszłam z baru. Kiedy otworzyłam drzwi uderzył mnie chłodny podmuch wiatru. Pomieszczenie było pełne dymu, zapachu fajek i alkoholu, dzięki czemu świeże powietrze było jeszcze przyjemniejsze. Dosyć szybko udało mi się złapać taksówkę i już niedługo leżałam w łóżku odpływając w objęcia morfeusza.
        Rano obudził mnie nieznośny głos budzika. Zadzwoniłam do Letty, ale nikt nie odebrał, albo jest już w pracy albo nadal smacznie śpi. Zostawiłam więc wiadomość mówiąc, że dzisiaj wracam do domu i mam jej dużo do powiedzenia. Po szybkiej porannej toalecie, spakowałam wszystkie swoje rzeczy, oddałam klucze do pokoju i ruszyłam na lotnisko.  Zdecydowanie powinnam była załatwić sobie wcześniej bilety powrotne, no ale cóż. Jak zwykle z planowaniem to u mnie do dupy. Także pozostaje mi modlić się żeby udało mi się dostać bilet na ostatnią chwilę. 
        Wkrótce odchodziłam od lady z uśmiechem i biletem w dłoni. Tym razem mi się poszczęściło, ale na drogę powrotną raczej powinnam się bardziej przygotować. Do lotu miałam jeszcze parę godzin, więc wstąpiłam na kawę i śniadanie do pobliskiej kawiarni. Kawę mieli koszmarną, ale za to babeczki genialne. Podekscytowana w myślach już pakowałam wszystkie swoje rzeczy do ciężarówki. Zniesienie kolejnego miesiąca będzie koszmarne. Moje myśli przeniosły się na Scarlett. Znamy się już całe wieki i cholernie ciężko ją będzie zostawić. Nie pomaga fakt, że tu nikogo jeszcze nie znam. Co prawda znajomości zawsze raczej łatwo mi przychodziły, ale nie potrafię sobie wyobrazić, żebym miała się dorobić drugiej takiej przyjaciółki jak Letty. Pomyślałam, że może powinnam była wczoraj poprosić o numer Rachel'a, miałabym przynajmniej jedną znajomą osobę. Jednak szybko odgoniłam od siebie te myśl. Taki facet na bank ma pod dostatkiem zarówno dziewczyn jak i znajomych i za miesiąc nie będzie mnie pamiętał. Oszczędziłam sobie rozczarowania. Ja też na pewno dam sobie radę bez niego. Po tych jakże filozoficznych przemyśleniach domówiłam jeszcze herbatę, wyjęłam książkę i zatopiłam się w lekturze.
      Lot minął spokojnie i szybko, zwłaszcza, że cały przespałam. Obudziło mnie lekkie szturchanie, otworzyłam oczy i zobaczyłam uśmiechniętą od ucha do ucha stewardesę. Powiedziała, że lądujemy i mam zapiąć pasy, a następnie poszła do innych pasażerów. Po chwili samolot był już na ziemi a ja wychodziłam na świeże powietrze. Złapałam taksówkę i wkrótce stałam już pod drzwiami domu moich rodziców. Zatrzymałam się przed nimi na dłuższą chwilę, zupełnie nie miałam ochoty wchodzić do środka. Ostatnie kilka dni było świetną odskocznią teraz czułam się jakby walnęła we mnie ciężarówka rzeczywistości. Nagle zobaczyłam niewielką karteczkę wciśniętą między drzwi a framugę. Otworzyłam ją i uśmiechnęłam się, była to wiadomość od Letty: “Zadzwoń jak wrócisz, niemoto”. No tak nie wiedziała, o której mam samolot. Już widziałam jak wywraca na mnie oczami. Zaśmiałam się i otworzyłam drzwi. Od razu ruszyłam do telefonu i wybrałam numer przyjaciółki. Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
    - Halo?
    - Hej.
   - Val, no nareszcie. Cały dzień na Ciebie czekam. Mogłaś mi chociaż powiedzieć, o której masz samolot to bym pojechała na lotnisko. 
  - Sorry, ale kupowałam bilet na ostatnią chwilę, więc nie wiedziałam o której będę jak dzwoniłam. 
    - Ehh, Ty i to twoje kurwa planowanie. No nic, trudno. Wpadasz do mnie, czy ja do Ciebie? - Rozejrzałam się dookoła po pokoju, w którym nie chciałam być dłużej niż musiałam.
    - Ja do Ciebie. 
    - Dobra, to czekam. - Odłożyłam słuchawkę, złapałam portfel, klucze i wyszłam z domu. 
        Po drodze wstąpiłam do sklepu po butelkę Daniels’a i nasze ulubione chipsy. Nie będziemy przecież siedzieć o suchym pysku. Kiedy byłam już prawie pod jej drzwiami zobaczyłam ją po drugiej stronie ulicy. Krzyknęłam jej imię na co ta spojrzała w moją stronę i uśmiechnęłą się. Przebiegła ulicę i po chwili znalazłą się obok mnie. Wyprzytulałyśmy się za wszystkie czasy, po czym spojrzałam na butelkę, którą trzymała w ręce. Z uśmiechem sięgnęłam do reklamówki i wyciągnęłam z niej identyczną butelkę. Wybuchłyśmy śmiechem, który nie ustawał nawet kiedy wchodziłyśmy do mieszkania. Chryste jak mi jej brakowało, a to były tylko 3 dni. Kiedy już nieco się uspokoiłyśmy, zasiadłyśmy na dużej, wygodnej kanapie, otworzyłyśmy paczkę chipsów i nasz ulubiony trunek, a ja zaczęłam opowieść o L.A.
Mijały kolejne dni, później tydzień i kolejny i kolejny. Dzień wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami i muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło. Myślałam, że przez ten miesiąc będę się snuć bez sensu to tu to tam w niecierpliwym oczekiwaniu. Okazało się jednak, że było potwornie dużo do zrobienia. Nie wyglądało na to, że dom sprzeda się w najbliższym czasie, więc postanowiliśmy tymczasowo go wynająć, co dołożyło mi dodatkowych obowiązków. Dziękowałam wszystkim bogom, że przez pakowanie przebrnęłam wcześniej, bo inaczej byłoby to nie do ogarnięcia. Tym razem bilet na samolot kupiłam dużo wcześniej. Patrzcie na mnie, taką odpowiedzialną, czyżbym dorastała? 2 dni przed moim lotem przyjechała ciężarówka, którą wcześniej zamówiłam. Zawołałam kilkoro znajomych z prośbą o pomoc i w ten sposób spędziliśmy prawie cały dzień nosząc meble i pudła. Kiedy nareszcie wszystko znalazło się już w środku, a samochód odjechała zaprosiłam wszystkich na drinka w ramach podziękowania. Jak się okazało Letty wpadła na taki pomysł pierwsza. W naszym ulubionym barze już czekali na nas wszyscy moi znajomi. Niewinny drink zmienił się w wielką imprezę pożegnalną, która trwała niemalże nieprzerwanie dwa dni, przenosząc się z baru do baru, a w końcu do mieszkania Scarlett. Jestem pewna, że co najmniej połowy ludzi, którzy się na niej pojawili w życiu nie widziałam na oczy, ale co tam. Zabawa była zajebista, to trzeba przyznać. 
W dniu mojego odlotu oczywiście zaspałam. Tak się kończy życie imprezą. Nie było czasu przebrać się, zjeść ani wziąć prysznica. Wyglądałam, więc jak sto nieszczęść, a czułam się jeszcze gorzej. Chyba jeszcze nigdy nie miałam takiego kaca. W ostatniej chwili Letty odstawiła mnie na lotnisko, wyściskałam ją i popędziłam do swojej bramki krzycząc, że zadzwonię. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz