Kolejny tydzień cała czwórka spędziła głównie u Olivii. Pod nieobecność jej rodziców właśnie tam imprezowali właściwie codziennie. Słuchając muzyki, oglądając telewizję i pijąc. Angie jak zawsze nie odzywała się za bardzo i nie mogła powiedzieć, że zostali przyjaciółmi, ale ich relacje zdecydowanie się ociepliły. Jeffrey nawet kilka razy próbował nawiązać jakąś rozmowę, ale dziewczyna zawsze była tym tak speszona, że konwersacja szybko się kończyła. Choć William nadal jej docinał i to zdecydowanie częściej niż pozostałej dwójce, to docinki te były znacznie lżejsze niż poprzednio i raczej nie padały już w nich wyzwiska. Sam nie był do końca pewien skąd brała się ta zmiana nastawienia. Ani razu ze sobą nie rozmawiali, dziewczyna w ogóle rzadko kiedy się odzywała, więc na pewno nie mógł powiedzieć, że ją polubił. Zawsze była tak potwornie smutna, że można było dostać depresji od samego patrzenia. Choć przecież nie był to pierwszy raz kiedy zwrócił na to uwagę, była taka odkąd pamiętał. To co zaobserwował u dziewczyny po raz pierwszy przez ten tydzień to, że ten smutek nigdy nie znikał. Jej uśmiech nigdy nie sięgał oczu, nawet kiedy żartowała z Liv w oczach nadal miała tą smutną rezygnację. Może przez to było mu jej zwyczajnie żal. Niechętnie musiał również przyznać, że był pod wrażeniem tego jakie ilości alkoholu potrafi w siebie wlać ta malutka postać. Jej reputacja na pewno polepszył też fakt, że codziennie karmiła całą czwórkę. Obu chłopaków nie miało żadnych ambicji kulinarnych, a Liv potrafiła postawić kuchnię w płomieniach gotując wodę na herbatę. Także szatynka była jedynym źródłem posiłków. Mimo, że nikomu tego nie powiedziała, to spędzała wtedy bardzo dużo czasu w kuchni. Codziennie gotowała dla trójki przyjaciół, a kiedy co drugi dzień wracała do domu robiła zakupy i przygotowywała wystarczająco jedzenia na kolejne dwa dni. Dzięki temu zazwyczaj udawało jej się unikać spotkania z ojczymem.
W końcu ich imprezowy tydzień dobiegł końca. Rodzice Olivii mieli wrócić wieczorem. Wszyscy wstali i zjedli śniadanie, choć według zegarka był to raczej obiad. Chłopcy dosyć szybko się zebrali i ruszyli do domu, natomiast Angie została pomóc przyjaciółce doprowadzić dom do porządku. Sprzątanie trochę im zajęło, choć biorąc pod uwagę, że przez tydzień była tu niekończąca się impreza, to wcale nie było tak źle. Na koniec dziewczyny pożegnały się i Angie wróciła do domu. Liv była z siebie wyjątkowo dumna, to jak udało jej się przekonać przyjaciółkę do spędzania więcej czasu w towarzystwie innych uważała za wielki sukces. Zupełnie ignorując fakt, że szatynka podczas tych spotkań głównie piła i rozmawiała niemalże wyłącznie z nią.
Błogi tydzień Angie skończył się w momencie kiedy przekroczyła próg domu. Zaraz po tym jak zamknęła drzwi usłyszała całą wiązankę przekleństw na swój temat. Nie minęło wiele czasu zanim leżała zwinięta w kłębek na podłodze. Nie potrafiła stwierdzić, która część ciała boli ją bardziej. Chwilę później usłyszała za sobą trzask drzwi wejściowych. Na ten dźwięk wybuchła płaczem. Nie próbowała się podnieść ani kontrolować łez, leżała tylko na twardej podłodze szlochając. W tym momencie poczuła, że coś w niej pękło. Zupełnie jakby nagle cały świat całkowicie stracił kolory, a ją opuściła cała wola życia. Po pewnym czasie łzy przestały płynąć, głowa bolała ją teraz jeszcze bardziej, ta jednak dalej tylko leżała w miejscu. Myślała o tym, że powinna wstać i iść do siebie, że powinna wziąć prysznic. Jednak nie była w stanie się ruszyć. Przez jej głowę przemknęła nawet myśl, że może powinna zwyczajnie ze sobą skończyć. Zastanawiała się ile to piekło może jeszcze trwać, w końcu doszła do wniosku, że ile nie miałoby trwać ona nie ma już siły się temu stawiać. Wyglądało na to, że jej wola walki w końcu została całkowicie zniszczona. W końcu powoli podniosła się i wdrapała po schodach. Weszła do łazienki, powoli rozebrała się. Stojąc pod gorącym strumieniem na marne próbowała rozluźnić obolałe ciało. Wyjątkowo nie miała ochoty na długą kąpiel, więc szybko znalazła się w swoim łóżku. Wpatrzona w sufit rozpamiętywała każdy wycelowany w nią cios i obelgę. Pamiętała jak na początku zawsze się stawiała, parę razy nawet mu oddała. Kiedy przestała to robić? Nie potrafiła sobie przypomnieć. Wspomnienia tego jak jej życie powoli zmieniało się w koszmar zalały jej zmęczony umysł. Łzy znów spływały po jej policzkach. Kiedy wspominała mamę i wszystkie wspólnie spędzone chwile zaczęła szlochać. Jak wszystko mogło się tak bardzo zmienić? W końcu wycieńczona płaczem i wszechobecnym bólem, zasnęła.
Jeszcze zanim otworzyła oczy słyszała krople deszczu obijające się o szybę. Pomyślała, że przy takiej pogodzie Olivia na pewno nie będzie próbowała nigdzie jej wyciągnąć. Nie musi więc szukać dzisiaj żadnych wymówek. Z tą myślą poczuła się nieco lepiej i stwierdziła, że najlepszą decyzją na ten dzień będzie zostanie w łóżku najdłużej jak to możliwe. Naciągnęła więc kołdrę wyżej i próbowała znów odpłynąć w objęcia morfeusza. Po około godzinie, która jej dłużyła się w nieskończoność w końcu otworzyła oczy. Dłuższy czas wpatrywała się w sufit, myśli i wspomnienia kłębiły się w jej głowie. Większość z nich powtarzała się na okrągło. Te najgorsze natrętnie wracały nawet kiedy próbowała się ich pozbyć. Potrzebowała zająć czymś umysł. Sięgnęła do komody, wyciągnęła z niej pierwszą lepszą książkę i zatopiła się w lekturze. Choć nie była zbytnio zainteresowana jej treścią, a myśli co jakiś czas wracały, to w ten sposób dużo łatwiej było je odgonić.
Spojrzała na zegarek, była już oprawie 14. To oraz dźwięk dobiegający z jej żołądka powiedział jej, że najwyższy czas coś zjeść. Niechętnie zwlekła się więc z łóżka i zeszła do kuchni. Wyglądało na to, że dom jest pusty. Zajrzała do lodówki i kliku szafek i stwierdziła, że trzeba będzie zrobić zakupy, ale na dzisiaj powinno jeszcze wszystkiego wystarczyć. Zrobiła szybki obiad i usiadła przy stole. Jedząc przyglądała się kroplom spływającym po kuchennym oknie. Deszcz nadal mocno padał i nic nie wskazywało na to, żeby miał przestać. Poza tykaniem zegara w domu panowała kompletna cisza i dziewczyna stwierdziła, że jest ona całkiem przyjemna. Rzadko miała okazję delektować się takim spokojem. Choć jeśli miała być szczera to musiała przyznać, że cisza nie sprzyja walce z nieprzyjemnymi myślami, które teraz uporczywie powróciły. Dziewczyna wróciła więc do siebie, znów wsuwając się pod kołdrę i zanurzając w lekturze.
Tak spędziła kilka godzin, skończyła książkę i sądząc po nadal panującej w domu ciszy stwierdziła, że wciąż jest sama. Postanowiła więc to wykorzystać i znów zeszła na parter, żeby coś zjeść zanim wróci ojczym. Właśnie przechodziła przez korytarz kiedy nagle drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Od razu było widać, że mężczyzna jest mocno pijany. Dziewczyna natychmiast odwróciła się i chciała zniknąć na piętrze mając nadzieję, że jest na tyle pijany, że nie zarejestrował jej obecności. Niestety, zanim zdążyła dotrzeć do schodów usłyszała za sobą jego zdenerwowany głos:
- A ty kurwa dokąd? - nie zdążyła odpowiedzieć, ani nawet się odwrócić kiedy chwycił ją za włosy i pociągnął do tyłu. Dziewczyna ledwo zdołała utrzymać równowagę, dostała w twarz i upadła, a w ustach poczuła smak krwi. Po kilku kopnięciach i kilku silnych uderzeniach w twarz znów chwycił ją za włosy, podniósł do góry i rzucił na ścianę. Poczuła krew spływającą jej po twarzy, a zaraz potem silny ból w brzuchu kiedy ją uderzył. Dziewczyna nie mogła złapać tchu. Chwycił ją za gardło i zaczął dusić. Próbowała się wyrwać ale tylko pogarszała tym sytuacje. Ścisnął jeszcze mocniej. Kiedy zobaczył, że zaczyna tracić przytomność puścił ją. Osunęła się po ścianie rozpaczliwie próbując złapać oddech.
Kiedy udało jej się już nieco opanować oddech i zebrać wystarczająco siły, weszła na górę, resztką sił wpełzła do łóżka i nakryła się kołdrą. Czuła, że jej twarz nadal jest we krwi, jednak zupełnie ją to teraz nie obchodziło. Zamknęła tylko oczy próbując zasnąć, co udało jej się, zanim z jej oczu popłynęły rzewne łzy.
Budziła się już kilka razy, jednak za każdym razem tylko obracała się na drugi bok próbując dalej spać. W końcu głód nie pozwolił jej zasnąć po raz kolejny. Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek, który wskazywał 13:40. Przypomniała sobie, że lodówka jest już pusta i musi iść do sklepu. Przeklęła w myślach. Wstała i ruszyła do łazienki, wzięła prysznic i obejrzała rany z wczoraj. Wyglądała potwornie, siniaki z ostatnich dwóch dni zdążyły połączyć się w jedną koszmarną całość. Miała rozcięta wargę i łuk brwiowy, odkaziła rany, a siniaki przykryła makijażem najlepiej jak umiała. Nadal było je widać, jednak teraz zdecydowanie mniej rzucały się w oczy. Wróciła do pokoju i stanęła przed szafą. Na dworze akurat teraz nie padało, ale pogoda i tak była paskudna i wyglądało na to, że w każdej chwili może lunąć. Ucieszyła się, bo oznaczało to, że łatwo będzie jej wszystko ukryć. Założyła jeansy, koszulkę, a na to o wiele za dużą bluzę. Wzięła wszystkie pieniądze jakie udało jej się znaleźć, założyła swoje znoszone trampki, a wychodząc naciągnęła kaptur bluzy tak daleko na twarz jak to było możliwe.
Droga minęła jej szybko, chociaż raczej się nie spieszyła. Niewielki sklep był pusty, co bardzo jej pasowało. Bez pośpiechu wybierała wszystkie potrzebne jej rzeczy. Na dłuższą chwilę zatrzymała się przy półce ze słodyczami, jednak wiedziała, że nie będzie jej na nic stać, więc westchnęła tylko ciężko i ruszyła do kasy. Pogrążona w czekoladowych marzeniach nie zdała sobie sprawy, że ktoś uważnie jej się przyglądał. Will, który przed chwilą wszedł do środka prawie minął ją nie zwracając na nią uwagi. Jednak szybko uświadomił sobie, że zna tylko jedną osobę tak małych rozmiarów. Przyglądał jej się z ciekawości, jako że bluza, która sięgała jej prawie do kolan wyglądała komicznie i nie była uzasadniona nawet beznadziejną pogodą. Kiedy dziewczyna podniosła głowę dokładnie oglądając wszystkie produkty kaptur zsunął jej się nieco i chłopak zobaczył siniaka, który malował jej policzek. Cóż zagadka bluzy została rozwiązana, jednak zagadka, która pojawiła się teraz była znacznie ciekawsza. Chłopak przez chwilę się wahał po czym ruszył za Angie. Ta właśnie zapłaciła i szła do wyjścia. Nie odeszła więcej jak dwa metry od drzwi kiedy torba z jej zakupami pękła i wszystko wylądowało na ziemi. Szatynka zatrzymała się i jedynie uniosła głowę do nieba biorąc głęboki oddech. Zdążyła założyć z powrotem kaptur i już miała się schylić kiedy nagle przed sobą zobaczyła Willa. Przez jej umysł przebiegła tylko jedna myśl “Kurwa, tylko nie ten rudzielec”. Dziewczyna starała się unikać jego spojrzenia jeszcze bardziej niż zazwyczaj, żeby przypadkiem nie zauważył tego w jakim stanie jest jej twarz.
- Mógłbyś chociaż ten jeden raz sobie darować i po prostu zostawić mnie w spokoju? - zapytała nieco poirytowanym głosem. Po czym spokojniej dodała - Proszę.
Chłopak nic nie powiedział, a jedynie kucnął przed dziewczyną zbierając jej rzeczy i pakując je do nowej torby. Szatynka choć w pierwszej chwili zszokowana tym miłym gestem, po chwili dołączyła do niego. Kiedy wszystko znów było zapakowane powiedziała cicho nadal unikając jego wzroku:
- Dziękuję.
Will pociągnął za kaptur odsłaniając jej twarz, po czym spokojnym głosem zapytał:
- Co Ci się stało?
- Nic. - odpowiedziała szybko z powrotem naciągając kaptur najdalej jak się dało i spuszczając wzrok.
- Przecież widzę, ślepy jeszcze kurwa nie jestem.
- Nie twoja sprawa. – powiedziała po chwili milczenia. Westchnęła, po czym dodała błagalnym tonem: - Proszę nie mów Olivii.
- A co będę z tego miał? - zapytał, z lekkim uśmiechem myśląc, że żart nieco rozluźni sytuację. Jednak dziewczyna spojrzała na niego tak żałosnym wzrokiem, że od razu wiedział, że nie była to dobra odpowiedź. Jej błękitne oczy błyszczały od łez. Nie miał serca z kamienia, więc nie potrafił jej odmówić. Po policzkach dziewczyny zaczęły powoli spływać słone łzy.
- Dobra nikomu nie powiem, tylko nie rycz. - powiedział po czym zrobił coś czego dziewczyna nigdy by się nie spodziewała. Przytulił ją. Szatynka przez chwilę stała zszokowana, lecz później wtuliła się w chłopaka. Po jej policzkach spływało coraz więcej łez, których nie potrafiła powstrzymać.
Kiedy dziewczyna przestała szlochać uwolnił ją ze swojego uścisku po czym wziął torbę z jej zakupami mówiąc:
- Chodź, odprowadzę Cię. - zanim miała okazję zaprotestować ten już ją wyprzedził i szedł drogą.
Powoli szli w milczeniu, oboje pochłonięci własnymi myślami. Choć tak naprawdę oboje zastanawiali się nad tym co się właśnie wydarzyło. Angie nie mogła uwierzyć w to, że “rudzielec”, z którym tak się nienawidzili okazywał jej tak wiele empatii. Do niedawna była pewna, że nawet nie wiedział co oznacza to słowo. Nie chciała uwierzyć, że chłopak mógł nagle się zmienić, próbowała więc wymyślić co mógł kombinować, jednak koniec końców nie znalazła żadnego wytłumaczenia. W tym samym czasie chłopak sam kwestionował swoje decyzje. Chociaż nie do końca była to decyzja, a bardziej odruch, nie mniej dziwny. Od lat nie cierpiał tej dziewczyny, zupełnie tego nie kryjąc, ciągle dokuczając jej, wyzywając i mieszając ją z błotem. Jednocześnie teraz smutek, który zawsze widniał na twarzy dziewczyny był uzasadniony. Oznaczał też, że szatynka była w ten sposób traktowana nie pierwszy raz. Czyli pewnie, była w takiej samej sytuacji jaki on. Może to właśnie to skłoniło go do takiego zachowania. W końcu chłopak przerwał ciszę:
- Chcesz o tym pogadać? Czy coś? - zapytał.
- Nie. - odpowiedziała dziewczyna błyskawicznie. Na co Will dziękował w myślach siłom wyższym, jako że nie miał pojęcia jak ta rozmowa miałby potoczyć się dalej. Niedługo znaleźli się przed jej domem, Angie znów mu podziękowała i weszła na podwórko. Patrzył jak odchodzi i znika za drzwiami po czym ruszył w swoją stronę.
Sądząc po tym, że Olivia nie wpadła do jej domu z aferą ani nie wspomniała o niczym przez telefon wyglądało na to, że William dotrzymał słowa. Musiała przyznać, że była tym zaskoczona. Nadal nie rozumiała jego zachowania, ale uznała, że nie ma powodu, żeby się nad tym zastanawiać.
Minęło dobre kilka dni zanim siniaki zrobiły się mniej widoczne. Wtedy znów zaczęła widywać się ze znajomymi. Choć robiła co mogła, żeby Olivia o niczym się nie dowiedziała. Udając zajętą spotykała się z nimi wyłącznie późnym wieczorem, siniaki ukrywała pod makijażem, a jako, że pogoda nadal nie była najlepsza nie było niczym dziwnym kiedy siedziała w kapturze. Szatynka nie tylko nie musiała być namawiana do tych spotkań, ale kilkukrotnie sama nawet pytała o nie przyjaciółkę, z czego ta niezwykle się cieszyła. Jednak nawet ona musiała wkrótce przyznać, że z dziewczyną nie jest najlepiej. Angie była jeszcze bardziej zamknięta w sobie i nawet z nią nie chciała już rozmawiać. Podczas ich imprez wlewała w siebie niezwykłe wręcz ilości alkoholu, nawet jak na jej standardy. Przez to nie pamiętała końca większości tych wieczorów. Im dłużej to trwało tym bardziej martwiło Liv i ta próbowała nawet porozmawiać z Angie jednak beż żadnych efektów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz