4. Where will I be this time tomorrow? Jump in joy or sinking in sorrow?

            Znów przespałam całą podróż jednak tym razem obudziłam się jeszcze bardziej zmęczona. Ból głowy też zrobił się znacznie gorszy. Nie miałam przy sobie żadnych leków przeciwbólowych, także jako pierwszą muszę zlokalizować aptekę. Na lotnisku zapytałam o nią kobiety w punkcie informacji, która nie wyglądała na zbyt pewną tego co mówi. Może po prostu chciała się mnie pozbyć, nie zaszkodzi spróbować iść za jej instrukcjami. Szłam więc zatłoczonymi ulicami, a ludzie patrzyli na mnie albo z politowaniem albo z pogardą. Nie powiem, żebym jakoś bardzo im się dziwiła, w pewnym momencie zobaczyłam swoje odbicie w jednej z witryn i się przeraziłam. W końcu udało mi się znaleźć upragniony budynek. Połknęłam dwie tabletki naraz. Próbowałam złapać taksówkę nie marząc o niczym innym jak tylko znaleźć się w łóżku. Wtedy przypomniałam sobie, że przecież najpierw muszę odebrać klucze. 
        Kurwa…
        Podałam taksówkarzowi adres biura pana Moore’a. Kiedy dojechaliśmy wyjaśniłam, że muszę wejść tylko na chwilę i zapytałam czy mógłby poczekać. Po jego minie spodziewałam się, że odmówi, jednak spojrzał na mnie i się zlitował. Po chwili znów siedziałam w samochodzie podając adres mojego nowego domu. Jak się okazało, było to ładny kawałek, w dodatku utknęliśmy w korkach. Siedziałam na kanapie taksówki co chwile przesypiając i poddając w wątpliwość wszystkie swoje życiowe wybory. 
        W końcu dotarliśmy na miejsce. Zdecydowanie bardziej wypadłam z samochodu niż z niego wysiadłam. Kiedy próbowałam się pozbierać i wrócić do pionu taksówkarz wyjął z bagażnika moją walizkę i postawił na chodniku. Podziękowałam, zapłaciłam i ruszyłam w stronę drzwi. 
        Dom był pusty, teraz wyglądał na dużo większy niż kiedy go widziałam ostatnim razem. Od razu weszłam do kuchni, odkręciłam wodę i zaczęłam łapczywie pić. Po chwili poczułam się nieco lepiej, choć tylko nieco. W myślach miałam wyłącznie jedno słowo: “łóżko”. Odwróciłam się z zamiarem wyjścia z kuchni i wtedy uderzyła mnie inna myśl. Dom jest pusty. Łóżko jeszcze nie przyjechało, a materac miałam zamiar kupić nowy. 
        Kurwa.
No dobra, spoko, godzina jeszcze w miarę wczesna. Jakoś to ogarnę. Kto jak nie ja? Już miałam zamiar wyjść z domu kiedy zobaczyłam swoje odbicie w jednej z szafek kuchennych. Dobra. Najpierw prysznic, potem materac. Jakieś jedzenie gdzieś w międzyczasie. Weszłam na piętro, z torby wyjęłam kosmetyki i ustawiam na półkach w łazience. Weszłam pod prysznic, gorący strumień uderzył moje ciało i wydałam z siebie błogie westchnienie. Kiedy w końcu stwierdziłam, że wystarczy już tego odprężania, sięgnęłam po ręcznik. Jednak znalazłem pusty wieszak. No tak, ręczniki będą aktualnie gdzieś w Nebrasce. 
        Kuuurrrrrwa.
     Pozbyłam się tyle wody ile mogłam, ale przecież nie będę tu stać jak idiotka i czekać aż wyschnę. Zarzuciłam na siebie na siebie nowe ubrania, które w sekundę były całkiem mokre. Założyłam buty, ramoneskę i wyszłam z domu. Na szczęście dzień jest wyjątkowo ciepły. Wiele pytań i chodzenia w kółko później udało mi się dowiedzieć gdzie mogę kupić materac. Długi czas spędziłam kładąc się na każdym po kolei. W końcu wybrałam swój ulubiony, nawet udało mi się nieco potargować ze sprzedawcą. Już się cieszyłam, że w końcu coś dzisiaj poszło po mojej myśli kiedy facet poinformował mnie, że materac dostarczą jutro. 
        KURWA! 
        Z tym faktem niestety nie dało się nic zrobić, choć próbowałam na wszelkie sposoby. Jedyne co udało mi się wywalczyć to dostawa z samego rana. Dobra, trudno się mówi. Czeka mnie widocznie noc na podłodze. Na obiad poszłam do tej samej pizzerii co ostatnio zamówiłam pizzę i piwo. Zjadłam wyglądając przez okno, zastanawiając się, czy nie popełniłam najdurniejszego błędu w swoim życiu z tą przeprowadzką. Może dzisiejszy dzień to jakiś znak od świata, żebym spierdalała stąd jak najszybciej, bo nic dobrego mnie tu nie spotka. 
       Po drodze weszłam do sklepu, kupiłam sześciopak piwa i kilka produktów, które nie wymagają gotowania, bo garów przecież też nie mam. Wróciłam do domu i rozpakowałam zakupy. Jedno piwo sobie zostawiłam a resztę schowałam do lodówki. Otworzyłam butelkę o brzeg blatu i właśnie wychodziłam z kuchni kiedy ta nagle wyślizgnęła mi się z rąk i roztrzaskała na podłodze.
     Tępo patrzyłam na kałużę piwa i szkła znajdującej się teraz na mojej podłodze. Nagle wybuchnęłam śmiechem. Mój szalony chichot odbijał się od pustych ścian i niósł echem przez cały dom. Ten dzień to jakaś cholerna karykatura życia. 
          Tym razem wyciągnęłam z lodówki pozostałość sześciopaku. Otworzyłam pierwszą butelkę i sięgnęłam po telefon. Wybrałam numer Letty i modliłam się żeby odebrała. Kiedy w słuchawce usłyszałam jej głos zalała mnie fala różnych emocji. Cieszyłam się, że ją słyszę, ale byłam zrozpaczona, że jej tu nie ma. Wydarzenia dzisiejszego dnia były tak absurdalne, że wywoływały śmiech i łzy jednocześnie. W końcu nie chcąc martwić przyjaciółki, przełknęłam łzy i zaczęłam opowiadać o moich przygodach w mieście aniołów. 
        Rozmowa zdecydowanie pomogła ogarnąć moje emocje związane z tym piekielnym dniem. Letty opowiedziała mi również o swoim dniu, który lekko mówiąc nie poszedł najlepiej. Opisywała głównie swoje wysiłki w próbach sprzątania mieszkania po naszej imprezie. No zdecydowanie nie zazdroszczę jej tego zajęcia. Szybko zaczęłyśmy śmiać się i żartować. Mój koszmarny humor powoli się rozpływał i wracałam do siebie. Niestety Scarlett jutro szła do pracy, więc w końcu musiałyśmy się pożegnać. Zupełnie nie miałam ochoty nigdzie dzisiaj wychodzić, więc zostałam na miejscu. Siedząc na podłodze mojego pustego domu i pijąc kolejne piwo. 
      Obudziło mnie uporczywe dzwonienie. W pierwszej chwili pomyślałam, że to budzik i zaczęłam szukać ręką znienawidzonego przedmiotu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to przecież dzwonek do drzwi. Zerwałam się z miejsca co było potwornym błędem. Całe ciało mnie bolało i nie mogłam się wyprostować. Przeklinałam zastanawiając się kto może się do mnie dobijać z samego rana, przecież nikogo tu nie znam. Wtedy sobie przypomniałam - materac. No przecież wczoraj wykłóciłam sobie dostawę z samego rana, to mam co chciałam. Pobiegłam do drzwi, po drodze kopiąc kawałki szkła w głąb kuchni żeby nie było ich widać. Otworzyłam drzwi i z przepraszającym wzrokiem powitałam dwóch mężczyzn stojących przed moim progiem. Poprosiłam o wniesienie materaca na piętro i zaprowadziłam ich do pokoju, który kiedyś będzie sypialnią. Szybko się uwinęli i już po chwili żegnałam ich z ogromnym uśmiechem na ustach. Wróciłam do pokoju podziwiać swój nowy zakup. Przydałaby się jakaś pościel, co prawda jedna przyjedzie razem z resztą rzeczy, ale kto wie kiedy to będzie. 
        Z tą myślą poszłam do łazienki, a po szybkiej porannej toalecie, ubrałam portfel, kurtkę i wyszłam na dwór. Było jeszcze wcześnie, więc na razie nie było zbyt ciepło, jednak słońce już świeciło przyjemnie więc dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Wychodząc rzuciłam okiem na budynek po drugiej stronie ulicy. Był zdecydowanie większy od mojego domu, jednak zupełnie nie pasował do reszty domów w okolicy. Fasada była ciemnobeżowa, natomiast drzwi i okna były z jasnego drewna i gdyby nie to, że wszystko dookoła było tak potwornie brudne, to dom pewnie byłby całkiem ładny. Na trawniku tu i ówdzie “rosło” kilka pachruści, jedynie dwa nieduże krzaczki jeszcze jakoś się trzymały i miały zielony kolor. Może dlatego, że były najdalej od budynku. Poza tym po całej posesji walało się pełno śmieci, pustych butelek, pudełek po pizzy i innych bliżej niezidentyfikowanych. Jeszcze nie spotkałam swoich sąsiadów, a wczoraj zdecydowanie było zupełnie cicho. Może się wyprowadzili? Chyba aż tyle szczęścia to nie mam. 
        Spacerowałam już trochę tętniącymi życiem ulicami próbując mniej więcej ogarnąć co gdzie jest. W najbliższej okolicy znalazłam całkiem spory market, monopolowy i niewielką kawiarnię. Kawałek dalej mały park, pizzerię, którą już znałam iii… sklep muzyczny. Uśmiechnęłam się i weszłam do środka. Było w nim zupełnie pusto, co nie dziwiło mnie zbytnio biorąc pod uwagę godzinę. Jakiś czas chodziłam między półkami przeglądając płyty, aż w końcu znalazłam się pod ścianą na której wywieszone były wszelkiego rodzaju gitary. Jedna w szczególności zwróciła moją uwagę i chwilę jej się przyglądałam. 
    - Piękna jest, nie? - Aż podskoczyłam. Odwróciłam się w stronę głosu, który wyrwał mnie z zamyślenia.  Zobaczyłam niebieskooką dziewczynę, mniej więcej w moim wieku i mojego wzrostu. Jej włosy były pomalowane kilkoma różnymi kolorami, na twarzy miała dosyć mocny makijaż. Zauważyłam plakietkę z imieniem przyczepioną do jej koszulki widniało na niej “Kate”. Znów zwróciłam wzrok na instrument.
    - Noo. - Głośno wypuściłam powietrze.
   - Chcesz ją wypróbować? - Spojrzałam na nią badawczo, jeśli chciała mi ją sprzedać, to źle trafiła, bo nie mogę sobie pozwolić na bezsensowne wydatki. 
    - Nie mam na nią kasy. - Oznajmiłam, na co moją rozmówczyni prychnęła.
    - A kto ma? Kilka minut możesz pograć za darmo, a jak jesteś dobra to może nawet kilkanaście póki szefa nie ma. - Uśmiechnęłam się.
     - Podoba mi się twoje podejście. - Dziewczyna zaśmiała się w odpowiedzi.
        Już po chwili trzymałam gitarę i grałam “Let Me Put My Love Into You” AC/DC, Kate wróciła do swoich zajęć, głównie rozkładając kolejne płyty na półkach. Zagrałam jeszcze “Iron Man” i “Rat Salad” Black Sabbath. Nie przerwała mi, więc widocznie jej się podobało. W końcu znów do mnie podeszła. 
    - Niezła jesteś. Chociaż wybór piosenek zrobił swoje. - Zaśmiała się. Miała przyjazny, głośny i charakterystyczny śmiech, choć też bardzo zaraźliwy. - Grasz w jakimś zespole?
     - Niee, po prostu lubię muzykę. 
    - Wiesz… to się nie wyklucza. - Znów się roześmiała. Nie sposób było nie odpowiedzieć jej tym samym. Dziewczyna wprost emanowała pozytywną energią. - Na Pewno znalazłby się jakiś zaczynający zespół bez gitarzysty. - Pokręciłam głową.
    - Dzięki, ale nie mam takich ambicji. - Kate wzruszyła tylko ramionami.
    - W ogóle to Kate jestem, ale to już pewnie wiesz. - Ze śmiechem wskazała na plakietkę po czym podała mi rękę.
    - Wiem. Nie mniej miło Cię poznać. Jestem Val. - Uścisnęłam jej dłoń z uśmiechem. 
    - To co tam jeszcze umiesz zagrać, Val? - wzruszyłam ramionami.
    - Jakieś specjalne życzenia? - Uśmiechnęłam się pewna siebie. 
        Wymyśliła jeszcze parę utworów, które posłusznie zagrałam. Przy każdym dziewczyna śpiewała lub sama grała na udawanej gitarze, a na koniec teatralnie klaskała. Atmosfera była zajebista, no ale godzina zrobiła się taka, że zaczęli przychodzić klienci, więc nie chciałam dłużej zawracać dziewczynie głowy. Podziękowałam jej jak widowni na najzajebistszym koncercie i pożegnałam się.
     - Wpadnij jeszcze kiedyś.
   - Jasne. Siłą mnie nie powstrzymasz. - Zaśmiałyśmy się, a ja wyszłam i ruszyłam w dalszą wycieczkę krajoznawczą. 
        W końcu znalazłam i duże centrum handlowe. Przeszłam się po kilku sklepach. Znalazłam pościel i kolorowy komplet poszewek, jak i ogromny czerwony koc, był tak milusi, że nie mogłam go nie kupić. Pamiętając rozbitą butelkę, którą rano wkopałam pod szafki wzięłam też kilka podstawowych rzeczy do sprzątania. Koniec końców miałam tyle zakupów, że bez taksówki nie udałoby mi się wrócić do domu. Na miejscu wtachałam wszystko do środka i od razu rozpakowałam. Mój nowy materac był w pełni gotowy do spania, a ja jeszcze nigdy w życiu nie cieszyłam się jak głupia z nakrytego łóżka. 
        Mój żołądek dał o sobie znać przypominając, że nic jeszcze dzisiaj nie jadłam. Zrobiłam szybko kanapki i siadłam na podłodze na tarasie. Zjadłam wpatrując się w śliczny ogród. Ciekawe ile czasu zostanie taki ładny? Nigdy nie miałam ręki do roślin, masowo zabijałam nawet kaktusy. Podejrzewam, że nawet magiczna różdżka by mi tu nie pomogła. Nagle oświeciła mnie myśl, że nadal nie zadzwoniłam do Roberta. Czas najwyższy.  Pewnie się martwi, chociaż zna mnie na tyle dobrze żeby wiedzieć, jak bardzo jestem nierozgarnięta. Odkładając talerz na blat wybrałam jego numer. Trochę czekałam aż w końcu usłyszałam jego głos.
    - Hallå?
    - Cześć, brat. 
    - Tina? Co się stało? - Brzmiał na mocno zaspanego i wtedy mi się przypomniało.
    - Emm, nic. Sorry, zapomniałam o różnicy czasu.
    - Ehh. Chcesz żebym na zawał zszedł? 
    - Niee, no co Ty. Ja? Nigdy. - Zaśmiałam się. - Chciałam Ci tylko powiedzieć, że jeszcze żyję.
    - Bardzo mnie to cieszy, ale następnym razem dzwoń w normalnych godzinach, co?
    - Obiecuję. W takim razie nie będę Ci przeszkadzała. Sorry jeszcze raz. Dobranoc.
    - Dobranoc.
     Odłożyłam słuchawkę. Powinnam była pytać ile jest godzin różnicy, żeby wiedzieć na przyszłość. Może uda mi się trafić w “normalne” następnym razem i wtedy zapytam. Sprzątnęłam rozbite szkło z podłogi, umyłam podłogę w kuchni i sprzątnęłam talerz. Później wróciłam na taras, tym razem z książką. Pogoda dzisiaj wyjątkowo dopisywała. Na niebie nie było ani jednej chmury, mimo to nie było za gorąco. Przyjemne promienie słońca padały na moją skórę. Trzeba przyznać, że jest to idealne miejsce i idealna pogoda do odpoczynku. Spędziłam tak resztę dnia popijając, nieco jak na mój gust za słodką, lemoniadę i czytając książkę. W końcu słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a ja wróciłam do środka. Nie było żadnego sensu tu siedzieć i tak nie mam co robić. Pomyślałam, że mogłabym się przejść do Roxy. Choć przyznam, że niezbyt wiem jak tak trafić. Cóż, będę musiała zapytać.
Może nawet bym się odstawiła w coś fajniejszego, ale niezbyt miałam w co. Ehh, mam nadzieję, że ta ciężarówka to się tu zjawi szybciej niż później. Założyłam, więc tylko swoją katanę i wyszłam. Tym razem z domu naprzeciwko dało się słyszeć podniesione głosy. Postanowiłam nie wnikać w to co dzieje się w budynku i ruszyłam dalej. Po przejściu dwóch kroków usłyszałam mocne trzaśnięcie drzwiami. Z ciekawości odwróciłam głowę żeby zobaczyć kto właśnie wyszedł z tej jakże pięknej posesji. Moje oczy ujrzały w chuj wysokiego blondyna, ubranego w skórzane spodnie i szarą bluzkę. Wyglądał na nieźle wkurwionego. Ruszyłam dalej w przeciwną stronę niż blondyn.
        Chwilę błądziłam ulicami i rzeczywiście musiałam pytać o drogę, nawet dwa razy dzięki mojemu wrodzonemu nieogarnięciu. No ale w końcu trafiłam na miejsce. Tym razem było znacznie później niż ostatnio, więc w środku już było sporo ludzi. Jeszcze nie było pełno, ale wiedziałam, że wkrótce tak się stanie. Usiadłam przy barze, dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio. Z uśmiechem przywitałam Marka, na co ten odpowiedział tym samym. Właśnie szedł w moją stronę, kiedy zatrzymała go jedna z kelnerek.
   - Była wcześniej taka dziewczyna, pytała o robotę. Powiedziałam żeby przyszła jutro do południa. - Barman kiwnął tylko głową i zwrócił się w moją stronę.
    - Hmm, Val? Tak? - Uśmiechnęłam się
    - Tak. Jestem pod wrażeniem twojej pamięci. 
    - Aa, dziękuje bardzo. - Zaśmiał się. - Więc co będzie dla Ciebie?
  - Daniels. - W odpowiedzi kiwnął głową. Kiedy wrócił z moim zamówieniem zapytałam: - Szukacie pomocy?
    - A co? Zainteresowana?
    - Noo, trochę by mi się przydała kasa.
   - Masz jakieś doświadczenie jako kelnerka? - Jako, że odpowiedź brzmiała “nie” posłałam mu najsłodszy uśmiech jaki umiałam.
   - Nieee… ale jeśli ludzie nie używają tu fizyki kwantowej do zamawiania to powinnam sobie poradzić. - Mężczyzna zaśmiał się.
    - Pomyślę nad tym. Wróć jutro rano, to pogadamy. 
    - Jasne. - Uśmiechnęłam się szeroko.
        Siedziałam już jakiś czas pijąc kolejnego drinka rozmyślając nad wszystkim i niczym. Kiedy nagle z zamyślenia wyrwał mnie znajomy głos.
    - Spóźnialska. 





(Fun fact: rozdział ma 2345 słów.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz