Spojrzałam na właściciela głosu zaskoczona.
- Miesiąc minął jakieś 3 dni temu. Sam nie jestem szczególnie punktualny, ale cholera 3 dni to poważna obsuwa. - Chłopak patrzył na mnie z uśmiechem, a ja nie wierzyłam, że ze mną rozmawia. Nie spodziewałam się, że będzie o mnie pamiętał, a co dopiero… czekał? Na to wyglądało. Skąd wiedział, że 3 dni temu mnie tu nie było? Czyżby bywał tu codziennie? W końcu udało mi się pozbierać i odwzajemniłam jego uśmiech.
- Sugerujesz, że jestem Ci coś winna, za taką zniewagę? - Rachel zaśmiał się.
- Ah, pięknie to ujęłaś.
- No skoro takie są zasady. - Uśmiechnęłam się. - Co powiesz na drinka?
- Hmm, że to dobry początek. - Gestem zawołałam Marka, który akurat stał po drugiej stronie baru.
- Początek? Czego tak właściwie oczekujesz? - Chłopak tylko wzruszył ramionami z uśmiechem. Co prawda jego spojrzenie nie sugerowało jasno, że to czego oczekuje to seks, ale mimo wszystko moja duma chciała sprowadzić go na ziemię. Tak na wszelki wypadek. Jednak przerwał mi Mark.
- Val, jeszcze raz to samo?
- Tym razem on wybiera. - Kiwnęłam głową na bruneta i uśmiechnęłam się. Chłopak zamówił nam kolejkę wódki. No okej, niech mu będzie. Chciałam wrócić do naszej rozmowy jednak Rachel zmienił temat.
- “Val” to ciekawe imię.
- “Ciekawe” to interesujący wybór słowa. Powinnam czuć się urażona? Bo raczej nie jest komplementem. - Chłopak zaśmiał się.
- Nie to miałem na myśli. Zakładam, że to skrót.
- Owszem.
- Zdradzisz mi od czego? - Zaśmiałam się.
- Valentina. - Cicho powtórzył po mnie jakby z zamyśleniem. W tym momencie Mark pojawił się z naszym zamówieniem. Podziękowałam mu uśmiechem i skinieniem głowy. Brunet uniósł kieliszek w moją stronę.
- Twoje zdrowie, Valentina.
- Ah, dziękuję, dziękuję. - Zaśmiałam się, delikatnie stuknęliśmy kieliszkami po czym jednocześnie wychyliliśmy ich zawartość. Rachel spojrzał na mnie poważnym, skupionym wzrokiem.
- Mam nadzieję, że tym razem zostaniesz na dłużej. Czy znowu mi znikniesz nagle jak jebany kopciuszek? - Zaśmiałam się na to porównanie.
- Zostaję na dłużej.
- Dużo dłużej?
- Dużo.
- Mogę zapytać na ile? Nie żebyś musiała mi mówić, czy coś. - Lekko się zaśmiałam, a chłopak odpowiedział mi tym samym. Chyba alkohol powoli zaczynał na nas działać, bo wszystko robiło się jakieś takie bardziej zabawne.
- Na stałe. - Brunet był ewidentnie zaskoczony moją odpowiedzią. Po chwili zdziwienie zmieniło się w wielki uśmiech.
- Bardzo mi się cholera podoba ta odpowiedź. - Odwzajemniłam jego uśmiech, po czym wyciągnęłam paczkę papierosów, wyjęłam jednego i poczęstowałam mojego rozmówcę, który chętnie skorzystał i już zdążył wyciągnąć zapalniczkę. Podziękowałam mu za ogień.
- No dobra. Dostałeś drinka, papierosa, czy teraz już jesteśmy kwita?
- Nie. Musisz mi jeszcze dać swój numer. - Na jego usta wstąpił cwaniacki uśmiech. Chwilę się zastanawiałam patrząc w jego ciemne tęczówki.
- No dobra, ale to będzie koniec tego twojego wymyślania. - Powiedziałam poważnym głosem, z udawaną groźną miną. - Tylko nie mam nic do pisania.
Chłopak nawet się nie zastanowił, w sekundę przewiesił się przez blat przy którym siedzieliśmy. Niewiele brakowało a wylądowałby na podłodze po drugiej stronie. To oczywiście szybko przywołało Marka, który zdecydowanie nie był zadowolony. Brunet poprosił go o długopis i dostał go choć widać było, że niewiele brakowało, żeby zamiast tego wyleciał z baru. Rzuciłam barmanowi przepraszające spojrzenie, a kiedy tyłek bruneta znów znalazł się na krześle oberwał ode mnie w ramie.
- Idiota. - Zabrałam mu długopis i spojrzałam z wyczekiwaniem. No tak kartki też nie ma. Zanim zdążył znów rzucić się na bar podciągnęłam rękaw jego kurtki i zapisałam numer. Chłopak uśmiechnął się.
- Dobry pomysł, przynajmniej go nie zgubię. - Odwzajemniłam uśmiech.
Spędziliśmy resztę wieczoru pijąc i rozmawiając o wszystkim co przyszło nam do głowy. Był to bardzo przyjemny wieczór, chłopak miał w zanadrzu mnóstwo zabawnych historii, głównie związanych z poczynaniami jego zespołu. Z czasem jednak rozmowy coraz mniej się kleiły, a ja byłam coraz bardziej zmęczona, stwierdziłam, więc że czas już wracać do domu. Wychodząc pożegnałam się z Markiem, przypominając, że przyjdę jutro. Rachel zaproponował, że mnie odprowadzi jednak odmówiłam, czego szybko pożałowałam. W nocy ciężko byłoby mi znaleźć drogę powrotną nawet na trzeźwo, chłopak już trochę tu mieszkał, więc z pewnością znał miasto lepiej. Nie jestem w stanie stwierdzić jak długo błądziłam, a ilość wypitego alkoholu sprawiała, że czułam się coraz bardziej senna. Napędzała mnie chyba wyłącznie myśl o położeniu się na moim upragnionym nowym materacu. W końcu udało mi się odnaleźć swój dom. Wchodząc do środka miałam wrażenie, że obeszłam całe miasto. Zdjęłam tylko buty i kurtkę i ległam w łóżku momentalnie zasypiając.
Obudził mnie dźwięk telefonu. Rzuciłam okiem na zegarek, który wskazywał 8:30. Wcześniej niż chciałabym wstać, ale z drugiej strony lepiej żebym poszła do Roxy wcześniej niż później. Nadal dosyć zaspana odebrałam telefon.
Odkładałam słuchawkę już zupełnie obudzona i z wielkim uśmiechem. Meble przyjadą dzisiaj koło 12. Pobiegłam na górę niezwykle szczęśliwa. Czas najwyższy kończyły mi się już ubrania i cierpliwość. Wzięłam długi prysznic, założyłam ostatnią parę majtek, jeansy i jasną koszulkę. Na śniadanie zjadłam płatki i łapiąc jeszcze katanę wyszłam.
Kiedy zamykałam drzwi nagle usłyszałam za sobą męski głos.
- Ooo, hej, śliczna.
- Co jest kurwa. - Odwróciłam się gwałtownie, jednak nikogo nie zobaczyłam. Dopiero po chwili znalazłam wzrokiem chłopaka leżącego na ziemi. A raczej jego nogi, reszta leżała w cieniu płotu i w większości w krzakach, więc niezbyt go widziałam.
Nabuzowana adrenaliną jako, że przed chwilą prawie dostałam zawału podeszłam bliżej. Chyba coś jeszcze mówił, ale byłam tak wkurzona, że nawet nie zrozumiałam. Złapałam za poły jego skórzanej kurtki i pociągnęłam do góry. Chłopak musiał mi pomóc, bo na pewno nie byłabym w stanie tak po prostu go podnieść. Po chwili stał już przede mną. Był prawie tego samego wzrostu co ja, może nieco wyższy, chociaż trochę ciężko było to stwierdzić przez burzę loków, którą miał na głowie. Zasłaniały one prawie całkiem jego twarz. Nadal trzymając za jego kurtkę, wypchnęłam go poza ogrodzenie dosadnie cedząc przez zęby:
- Wypieprzaj z mojego podwórka. - Chłopak ewidentnie zrozumiał, bo od razu odwrócił się i przeszedł na drugą stronę ulicy. Podniosłam kurtkę i klucze, które wypadły mi z rąk kiedy chłopak mnie wystraszył. Upewniłam się, że drzwi są zamknięte i znów ruszyłam do furtki. Po drodze spojrzałam na miejsce, w którym przed chwilą leżał intruz. Kilka kwiatków było zniszczonych, krzewy miały połamane gałęzie. Ehh, no i po ładnym ogródku.
Tym razem podróż do Roxy nie zajęła zbyt długo, po drodze wstąpiłam nawet do kawiarni po kawę. O tak wczesnej godzinie bar był zupełnie pusty. Mark powitał mnie przyjaźnie i szybko przeszliśmy do tematu pracy, która wydawała się banalnie prosta. Wiem, że nie do końca będzie to wyglądać tak lekko i bezproblemowo, ale powinnam sobie poradzić. Pieniądze nie są jakieś super, ale nie mogę wymagać zbyt dużo, poza tym na życie powinno mi chyba wystarczyć. Praca jest wyłącznie na wieczory i noce, ale trudno jakoś wytrzymam, nie zatrudniam się tu przecież na całe życie. Także ja zgodziłam się na jego warunki, a on zgodził się przyjąć żółtodzioba. Kiedy dogadaliśmy szczegóły przeszliśmy na przyjemniejsze tematy. Rozmawiając trochę o wszystkim i o niczym.
- No dobra. Mam nadzieje, że to nie zabrzmi źle, ale muszę zapytać. Co ty tu cholera robisz? Dziewczyna, która ma wystarczająco pieniędzy, żeby kupić domu jedzie przez cały kraj, żeby pracować w barze za najgorsze pieniądze? - Zaśmiałam się, rzeczywiście brzmiało to niedorzecznie. Po czym westchnęłam, nie było sensu kręcić ani unikać odpowiedzi. w końcu to żadna tajemnica.
- Moi rodzice zginęli niedawno w wypadku samochodowym. Nie byłam w stanie dalej mieszkać w ich domu, więc wzięłam wszystkie pieniądze jakie mi po nich zostały i przeprowadziłam się tu. Dom wystawiłam na sprzedaż, ale nadal się to ciągnie, także jestem spłukana i muszę jakoś się tu utrzymać. - Mężczyzna pokiwał jedynie głową w ciszy.
- No powiem Ci Val, jesteś pełna niespodzianek. - Zaśmiałam się i spojrzałam na zegarek, była już prawie 11, więc czas się zbierać.
- Chętnie kontynuowałabym tą pogawędkę, ale o 12 przywiozą resztę mojego życia, także muszę uciekać.
- Jasne, leć. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Ruszyłam w stronę domu, a kiedy byłam już niedaleko spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze trochę czasu, więc weszłam do marketu i zrobiłam nieduże zakupy. Nareszcie będę mogła coś ugotować, jak normalny człowiek. W domu ledwo zdążyłam rozpakować zakupy kiedy przez okno zobaczyłam nadjeżdżającą ciężarówkę. Wypadłam na zewnątrz niemalże biegiem, przeszczęśliwa, że w końcu nie będę musiała mieszkać w pustych ścianach.
Przywitałam dwójkę mężczyzn i szybko wzięliśmy się do roboty. A tej niestety było dużo. Nie byłam pewna ile czasu minęło, ale miałam wrażenie, że całe godziny, a ilość pudeł i mebli w ogóle nie zmalała. Powoli traciłam siły i zdecydowanie zwolniłam. Dodatkowo upał coraz bardziej dawał się we znaki. Usiadłam więc na krawężniku w cieniu samochodu, żeby złapać oddech.
- Hej. - Podniosłam głowę i zobaczyłam chłopaka z rana. Nie odpowiedziałam, niezbyt miałam aktualnie ochotę na konwersację, zwłaszcza z nim. Moja reakcja, a raczej jej brak ewidentnie go zmieszał. - Ten… no… więc się wprowadzasz?
- Inteligencji Ci widzę nie brakuje. - Przewróciłam oczami i wstałam chcąc wrócić do noszenia pudeł.
- Słuchaj, przepraszam za to wcześniej. Nie chciałem Cię wystraszyć ani nic takiego. Nie wiedziałem nawet, że ktoś tu mieszka. - Spojrzałam na niego, jego głos wskazywał, że mówił szczerze, ale trudno było to do końca stwierdzić, bo włosy nadal zasłaniały mu większość twarzy. Westchnęłam.
- No dobra, już dobra. Tylko więcej nie koczuj w moich kwiatkach. - Zza burzy loków udało mi się zobaczyć lekki uśmiech.
- Jasne, słowo honoru. A w ogóle to Slash jestem.
- Val. - Ruszyłam dalej w kierunku wejścia do ciężarówki.
Chłopak albo wyczuł, że nadal jestem nieco zła, albo tknęło go sumienie, nie wiem, ale szybko mnie dogonił z propozycją, że pomoże w noszeniu. Ja natomiast chętnie się zgodziłam, bo każda para rąk do pomocy się przyda. Mina nieco mu zrzedła kiedy zobaczył ile rzeczy nadal jest w środku. Ruszył w kierunku domu na przeciwko wołając, że zaraz wróci. Muszę przyznać, że ani trochę w to nie wierzyłam. Jednak zdążyłam zanieść do domu raptem jedno pudło kiedy zobaczyłam jak idzie z powrotem. W dodatku nie był sam. Szedł w towarzystwie dwóch blondynów, jednego z nich widziałam ostatnio.
- Przyprowadziłem wsparcie. Tylko ta dwójka była akurat w domu. - Przedstawił ich po kolei, Tego w chuj wysokiego jako Duffa, a niższego jako Stevena.
- Hej, miło z waszej strony. Zaraz, “tylko dwójka”? To ile was tam mieszka?
- Pięcioro. - Wciągnęłam głośno powietrze, nie spodziewałam się tego. Byłam ciekawa dlaczego piątka facetów mieszka razem, bo rodziną na pewno nie są, ale nie było teraz czasu na pytania.
- No dobra, nie to żebym nie była ciekawa, ale chciałabym to rozpakować w tym stuleciu.
Wszyscy zabrali się do pracy. Teraz szło o wiele szybciej, a chłopaki okazali się niezłym towarzystwem. W pewnym momencie zauważyłam, że Slash desperacko próbuje opanować swoją burzę loków. Podałam mu więc gumkę do włosów, którą chętnie wziął. Teraz kiedy w końcu dane było mi zobaczyć jego twarz stwierdziłam, że wygląda jakby znajomo, ale jakoś nie mogłam skojarzyć skąd, z resztą nie miałam kiedy dokładniej mu się przyjrzeć.
Zajęło nam to ładne kilka godzin, ale w końcu wszystko było już w domu, a ciężarówka odjechała. Zaprosiłam moich pomagierów do środka na piwo, na co wszyscy bardzo chętnie się zgodzili. Już po chwili siedzieliśmy na kanapie w wypełnionym pudłami salonie, każdy z własną butelką. Chętnie włączyłabym muzykę, ale wszystko jeszcze było zapakowane, więc jebać nie będę teraz nic szukać.
- No dobra, to o co chodzi z tym waszym mieszkaniem w pięcioro? Aż tak źle tu z czynszem?
- Nie, mamy zespół, ten dom nam załatwiła wytwórnia. - Wyjaśnił Duff.
- Chociaż wcześniej też już mieszkaliśmy razem. - Dodał Steven. - Ale to akurat dlatego, że byliśmy spłukani.
- Ah, głodujący muzycy, huh? To mi się trafili sąsiedzi. - Zaśmiałam się. - Ale skoro macie wytwórnie to rozumiem, że niezły ten wasz zespół.
- No a jak, najlepszy kurwa. - Tym razem odezwał się Slash, w jego głosie wyczułam jawne oburzenie.
- Aaa, no to rekomendacja niezła, ale raczej mało obiektywna. Jak was posłucham to zobaczymy. - Powiedziałam zadziornym tonem i puściłam chłopakowi oczko.
Dowiedziałam się jeszcze, kto na czym gra, że mają kontrakt na płytę, ale nie zaczęli jeszcze nagrywać, więc na razie siedzą i balują.
- To zajebiście wam się powodzi, praca marzeń. - Zaśmiałam się, a chłopaki mi zawtórował.
- No żebyś wiedziała. Musisz koniecznie do nas wpaść następnym razem. Będzie zajebiście. - Steven wypalił podekscytowany z tym swoim ogromnym uśmiechem.
- Jasne, ja imprez nie odmawiam. - Zaśmiałam się.
- I to lubimy słyszeć.
Gadaliśmy jeszcze trochę głównie o pierdołach. Przez cały czas Slash odzywał się zdecydowanie najmniej, a jednak moje oczy ciągle wracały w jego kierunku. Wyglądał tak znajomo, ale całkowicie nie nie mogłam go nigdzie umiejscowić. Z zamyślenia wyrwał mnie Duff.
- To skąd się przeprowadzasz?
- Nowy Jork.
- O cholera, tak daleko?
- Tylko trochę. - Zaśmiałam się. - A wy? Wszyscy jesteście stąd? - Oboje jednocześnie pokręcili głowami.
- Seattle.
- Cleveland, ale przyjechałem tu za dzieciaka, także tak jakbym był stąd. - Kiwnęłam głową ze zrozumieniem, po czym wyczekująco spojrzałam na Slasha.
- Też przyjechałem wieki temu.
- A skąd jesteś? - Może to mi kurwa coś podpowie.
- Stoke-on-trent. - Zastanowiłam się chwilę.
- To w Anglii. - Bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- Nom. - Wtedy mnie olśniło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz