5. Those scars on your wrists are the mark of the world

            Obudziła się nieco zdezorientowana, z poczuciem wszechobecnego bólu. Nie pamiętała co prawda co wydarzyło się wczoraj, jednak biorąc pod uwagę fakt, że leżała w łóżku cała obolała i naga nie musiała wysilać wyobraźni. Łzy wypełniły jej oczy, a po chwili spływały po jej policzkach. Zauważyła, że ostatnio często jej się to zdarzało, zauważyła również, że ostatnimi czasy ojczym bił ją coraz częściej i był zdecydowanie bardziej brutalny. Czy to dlatego, że rzadziej bywała w domu? Czy to jest przejściowe, czy już tak zostanie, a może będzie jeszcze gorzej? Nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z tych pytań, przez co dręczyły ją jeszcze bardziej. W końcu po dłuższych zmaganiach udało jej się podnieść i powoli ruszyła w kierunku drzwi. Stanęła przed wejściem do pokoju i chwile nasłuchiwała, kiedy nie usłyszała żadnego dźwięku, stwierdziła że jest sama. Otworzyła drzwi i powoli, chwiejnym krokiem ruszyła w stronę łazienki. Cały czas trzymała się ściany bojąc się że się przewróci, a podejrzewała, że nie będzie w stanie wstać po raz drugi. Kiedy udało jej się dotrzeć do toalety, weszła pod prysznic i włączyła wodę. Po gorącym prysznicu wyszła z łazienki nie chcąc nawet patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Wiedziała, że wygląda teraz wyjątkowo żałośnie. Wiedziała, też że w takim stanie nie będzie mogła pokazać się nigdzie przez dłuższy czas, ponieważ makijaż tego nie przykryje. A także że siedzenie cały czas w domu jest jeszcze gorszym wyjściem. Wróciła do pokoju zamknęła za sobą drzwi i nagle znów wybuchła płaczem osuwając się na podłogę. Czuła się zupełnie bezsilna. Siedziała tak płacząc przez chwilę, po czym wstała i podeszła do biurka. Otworzyła szufladę, wyciągnęła z niej małe pudełeczko. Usiadła na podłodze, plecami oparła się o łóżko, a z pudełka wyciągnęła jedną, lśniącą w świetle zachodzącego słońca, żyletkę. Przyłożyła ją do nadgarstka, wzięła głęboki oddech i przeciągnęła ostrze po delikatnej skórze. Poczuła ból, szkarłat zaczął spływać po jej ręce, a ona robiła kolejne nacięcia. Krew powoli skapywała na podłogę, było jej coraz więcej. Pomyślała, że czerwona ciecz tak pięknie wygląda na jej jasnej skórze. Czuła ból, ale także to cudowne poczucie ulgi. Dawno tego nie robiła. Dawno nie czuła tej ulgi. Wzięła kolejny głęboki oddech, opierając głowę o łóżko i zamykając oczy. Krew powoli spływająca po jej rękach była tak kojąca. Delektowała się tym uczuciem. Nie chodziło o ból, tego miała w życiu zdecydowanie wystarczająco, ale o poczucie kontroli. W momencie gdy nie panujesz nad niczym w swoim życiu wtedy przecinając skórę wiesz, że nad tym masz całkowitą władzę. Chęć ukarania się za swoje życie, kierowana nienawiścią do samej siebie, również miała w tym swoją rolę.
        Kiedy uznała, że nie poczuje się już lepiej wstała, wyrzuciła żyletkę i poszła do łazienki. Przemyła rany i zabandażowała. Opatrzyła też rozwalony łuk brwiowy i kilka mniejszych ran. Zmyła krew z podłogi i przebrała się. Założyła szerokie dresowe spodnie i luźną bluzkę z napisem, którego teraz nie dało się już rozczytać. Rozejrzała się po pokoju upewniając się, że wszystko sprzątnęła. Wtedy na podłodze zobaczyła jeansową kurtkę. Podniosła ją i szybko rozpoznała, że należy ona do Jeffa. Nie pamiętała kiedy jej ją dał ani dlaczego, ale stwierdziła, że musiał jej pożyczyć ją pod koniec wieczoru. Nie pamiętała również, że chłopak odprowadzał ją do domu każdego wieczoru. Twierdził, że z całej trójki miał najbliżej do jej domu, ale tak naprawdę chciał z nią spędzić więcej czasu. Zupełnie pijana była bardziej rozmowna i częściej się uśmiechała, choć nadal nie odzywała się za wiele. W ten sposób mógł się czegokolwiek o niej dowiedzieć jednak dziewczyna zupełnie nie pamiętała żadnej z ich rozmów.
        Nagle usłyszała hałas na dole. Wrócił jej ojczym, słyszała jak przewraca wszystko na swojej drodze i jak wpada w ściany próbując iść. Wiedziała, że jest kompletnie pijany. Usłyszała, jak wchodzi na górę. Szybko doszła do wniosku, że nie da rady znieść kolejnej awantury, więc postanowiła na trochę zniknąć. Sięgnęła do szafy i wyciągnęła z niej plecak, który zawsze był przygotowany. Spakowała do niego jeszcze kilka dodatkowych rzeczy. Kroki i przeklinanie zbliżało się coraz bardziej. Założyła plecak po czym otworzyła okno, wyszła przez nie i złapała się parapetu. Wyglądało na to, że wyszła z wprawy, parapet wyślizgiwał jej się z rąk. Szybko złapała się rynny i zaczęła powoli schodzić w dół. Bała, się, że ta nie wytrzyma jej ciężaru, jednak udało jej się zejść. Kiedy była już prawie na końcu usłyszała hałas otwieranych drzwi i wiązankę przekleństw. Zeskoczyła i jak najszybciej pobiegła w stronę lasu.
        Kiedy wbiegła już między drzewa zwolniła i poszła w bardzo dobrze znane sobie miejsce.  Zatrzymała się przed wielkim, rozłożystym drzewem, weszła po prowizorycznej drabinie na samą górę i znalazła się na drewnianym podeście przed niewielkim domkiem. W środku z plecaka wyjęła koc, rozłożyła go na podłodze i usiadła. Rozejrzała się dookoła. Pamiętała jak ten domek powstawał. Miała wtedy może 8 lat. Zbudował go jej ojczym. Kiedy był już gotowy, przez jakieś 2 lata często tu bywali. Całą trójką. Przychodzili na pikniki i spacery. Pamiętała jak bawiła się tu całe godziny. Później przestali się tu pojawiać, a po pewnym czasie przychodziła tu sama chowając się przed ojczymem. Nikt więcej nie wiedział o tym miejscu, a on na szczęście o nim zapominał. Ściany kiedyś były błękitne, teraz zniszczone, bez koloru. W małych okienkach wisiały niegdyś firanki, teraz były  puste i wpadało przez nie światło zachodzącego słońca. Było tu kilka jej starych zabawek, teraz już zupełnie niezdatnych do czegokolwiek. Jednak na podłodze w rogu pokoju leżało coś jeszcze, przyniesione tutaj znacznie później. Był to album. Wzięła go na kolana i zaczęła oglądać. Było tu praktycznie całe życie jej mamy. Często go razem oglądały kiedy była młodsza. Jeszcze częściej oglądała go sama po jej śmierci. Album zaczynał się fotografią ślubną, później jej mama jako niemowlę, następnie zdjęcia wielu urodzin i wakacji. Kilka nastoletnich imprez, studniówka. Kolejne kilka kart było puste. Musiały to być zdjęcia z ojcem Angie, które jej matka wyrzuciła. Sama dołożyła tu jedno zdjęcie, był na nim jej ojciec. Siedział na motocyklu i szeroko się uśmiechał. W tle malował się przepiękny krajobraz. Kiedy fotografię znów się zaczynały była na nich Angie jako niemowlę i malutka dziewczynka. Między nimi również było parę pustych miejsc. W końcu zdjęcia z jej ojczymem, kolejne urodziny, imprezy, ślub, wakacje. Cała szczęśliwa rodzinka. Wszyscy się uśmiechają. Nikt nie zdaje sobie sprawy co stanie się z nimi wszystkimi za kilka lat. Łzy znów popłynęły po jej policzkach. 
        Z plecaka wypakowała małą poduszkę, i gruby koc. Słońce już zaszło i zrobiło się ciemno. Dziewczyna zmęczona położyła się i przykryła kocem. Pozwoliła łzom spływać po policzkach i moczyć poduszkę. Niedługo potem zasnęła.
        Obudziła się z  bólem karku. Spanie na deskach nie było zbyt wygodne. Kiedy tylko otworzyła oczy usłyszała jak jej brzuch dopomina się o jedzenie i uświadomiła sobie, że cały wczorajszy dzień nic nie jadła. Wyjęła z plecaka paczkę ciastek i otworzyła opakowanie. Nie było ich wiele, jednak wystarczy jej dopóki dom nie będzie pusty. Napiła się wody, po czym zeszła na dół. Rozejrzała się dookoła i ruszyła ścieżką w głąb lasu. Nigdy nie widziała tu nikogo innego. Ścieżka była już bardzo stara i najwyraźniej jeszcze bardziej nieużywana, ponieważ już prawie całkiem zarosła. Zaczęła cicho nucić pod nosem, aż dotarła na niewielką polanę. Położyła się w wysokiej trawie patrząc w niebo i prowadzona wczorajszym przeglądaniem albumu znów zaczęła się zastanawiać jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby mama żyła. Czy byłoby tak samo? Czy nie zrobiłoby to różnicy? Wątpiła w to. To zaskakujące jak jedno wydarzenie wpływa na całe ludzkie życie. Przeleżała tak dosyć dużo czasu, w końcu stwierdziła że jest okrutnie głodna, a dom powinien być już pusty. Wróciła tą samą drogą, minęła drzewo, na którym znajdował się domek i wyszła z lasu. Ostrożnie podeszła do domu na wypadek gdyby jej ojczym jednak tam był. Zajrzała przez okna, parter był pusty. Mało prawdopodobne, żeby był na piętrze. Spróbowała otworzyć drzwi. Zamknięte. Dobrze, to znaczy, że go nie ma. Weszła do środka i ruszyła do kuchni. Zrobiła sobie kanapki, zaparzyła herbatę i usiadła do stołu. Po posiłku, poszła się wykąpać, zmieniła bandaże, przebrała się i zabrała ze sobą bluzę. Wyszła z domu, zamknęła drzwi i wróciła do lasu. Kiedy była młodsza było coś w takim życiu, w tym ukrywaniu się, co jej się podobało. Zakradanie się do domu, wykradanie jedzenia, potajemne wizyty w pokoju, z którego znikają kolejne rzeczy. Prawie jak zabawa w chowanego. Teraz widziała to jako znacznie bardziej depresyjne. Weszła do domku, z plecaka wyjęła swoją ulubioną książkę i zaczęła czytać. Uwielbiała takie momenty. Cisza i spokój. Spędziła tak czas aż do zachodu. Kiedy słońce chowało się za horyzont weszła na sam czubek drzewa i podziwiała scenerię. Następnie rozpaliła ogień siadła obok, przykryta kocem, grzejąc się i patrząc w płomienie. To właśnie przez takie sytuacje, tak dobrze umiała rozpalić ogień. Robiła to już niezliczoną ilość razy. Noc była chłodna, więc poszła po bluzę. Kiedy zaczęła wchodzić na górę, za swoimi plecami usłyszała trzask gałęzi. Ogarnął ją paraliżujący strach. Pierwsze co jej przyszło do głowy, to że ją znalazł. Przeraziła ją myśl, że to może być on. Nie była w stanie się ruszyć. Jednak w momencie kiedy usłyszała pytanie zadane przez nieproszonego gościa ulżyło jej, jednak tylko na chwilę, bo wtedy zdała sobie sprawę z tego co to może znaczyć.
    -   Angie? Co ty tu robisz? - dała radę odwrócić się w stronę chłopaka, ale nie zdołała na nie odpowiedzieć. Spojrzała w kierunku stojącej przed nią postaci. Patrzyły na nią zdziwione brązowe tęczówki, które stały się jeszcze bardziej zdziwione i posmutniały kiedy zatrzymały się na rozwalonym łuku brwiowym i siniakach.
    -   Co Ci się stało? - zapytał chłopak, jednak nadal nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Spuściła głowę.
  -  Spałaś tutaj? - nic nie powiedziała. Jednak jej milczenie było całą odpowiedzią jakiej potrzebował. Chłopak podszedł bliżej, a ona wystraszona chciała się cofnąć jednak zaraz za nią znajdowało się drzewo.
     -     Masz tu jakieś rzeczy? - delikatnie skinęła głową, prawie niewidocznie.
    -   Idź po nie. - dziewczyna odwróciła się i weszła na górę. Nie wiedziała dlaczego go słucha, może po prostu się bała, może nie chciała i nie miała siły się sprzeczać. Nie wiedziała, jednak spakowała wszystkie swoje rzeczy, razem z albumem, do plecaka. I zeszła na dół. Brunet zdążył już zgasić ognisko.
     -   Chodź. - Dziewczyna ruszyła za nim, chociaż po pewnym czasie szli obok siebie. W końcu po długiej ciszy Angie odzyskała głos i zapytała:
      -   Co tam robiłeś?
     -   Lubię spacerować kiedy jest już ciemno. Jest wtedy wyjątkowo spokojnie. Tą drogą szedłem pierwszy raz i nagle zobaczyłem światło ogniska. - Znów zapadła cisza na dłuższą chwilę.
      -   Mogę zapytać kto Ci to zrobił? - dziewczyna znów spuściła głowę nie mówiąc nic.
        Droga nie była bardzo długa. Brunet otworzył drzwi do swojego domu i pokazał dziewczynie aby weszła. Zdjęła buty i weszła do korytarza, spojrzała na zegarek, który wisiał na ścianie, była 21:40. Nagle z pokoju obok usłyszała wysoki kobiecy głos:
      -   Jeff to ty?
     -   Tak mamo, już jestem. - po chwili z pomieszczenia wyszła starsza kobieta. Miała jasne włosy, i brązowe oczy, takie jak jej syn. Ubrana była w biały sweterek i długą beżową spódnicę. Zobaczyła dziewczynę i w pierwszej chwili była zdziwiona jednak zaraz miło się uśmiechnęła mówiąc:
      -   Witam. Nie mówiłeś, że kogoś przyprowadzisz.
      -  To moja koleżanka, spotkałem ją po drodze.
      -   Jak ci na imię złotko? - zwróciła się do dziewczyny z uprzejmym uśmiechem.
    -  Angie. - wychrypiała rudowłosa i próbowała się uśmiechnąć, jednak nie wyszło jej to zbyt dobrze.
     -   Bardzo ładne imię. - powiedziała, po czym zniknęła w drzwiach pokoju równie szybko jak się w nich pojawiła. Chłopak powiedział dziewczynie żeby poszła za nim i skręcił korytarzem w prawo. Po drodze zapytał czy jest głodna, na co ta pokręciła głową. Nie była to prawda, ale Angie już czuła się potwornie niezręcznie i nie chciała robić z siebie jeszcze większego problemu. Otworzył drzwi, przepuścił ją, zaproponował żeby usiadła, po czym wyszedł z pokoju mówiąc że zaraz wróci. Angie usiadła na łóżku i rozejrzała się po pokoju. Pomieszczenie było bardzo duże jak na sypialnie. Podłoga była z ciemnego drewna, tak jak meble, ściany pokryte jasną farbą. Na biurku leżały kasety, zeszyty i różne kartki. Na łóżku leżało trochę ubrań, w rogu pokoju stała szafa, obok akustyczna gitara, Kawałek dalej była perkusja. Słyszała rozmowę Jeffa z mamą, ale nie przysłuchiwała się o czym rozmawiają. Domyślała się jednak, że o niej. Chłopak wrócił z kubkiem gorącej herbaty i postawił ją na szafce nocnej obok dziewczyny.
     -   Pomyślałem, że może chciałabyś się trochę rozgrzać, na dworze jest zimno.
   -  Dziękuję. - siedzieli w milczeniu przez dłuższy czas. Angie długo przyglądała się gitarze stojącej prawie na przeciwko niej. Zawsze chciała się nauczyć grać.
     -   Mógłbyś coś zagrać? - zapytała cicho spuszczając głowę. Brunet poszedł po gitarę usiadł z nią na łóżku obok dziewczyny i zaczął grać. Po pierwszej  piosence zaczął też cicho śpiewać, po kilku następnych Angie śpiewała razem z nim. W pewnym momencie przeszli do rozmowy. Zauważył, że muzyka jest dla niej najbardziej komfortowym tematem, jego więc się trzymał. Później przeszli na inne tematy choć równie niezobowiązujące. Dziewczyna nawet parę razy się uśmiechnęła. Później na chwile zapadła cisza, a on nie mógł się powstrzymać i ponownie zapytał:
     -   Kto Ci to zrobił? - Angie posmutniała i spuściła głowę. W myślach przeklął besztając się za zrujnowanie miłego wieczoru. Cisza, która nastąpiła trwała już dłuższą chwilę i chłopak właśnie chciał ją przerwać kiedy zorientował się, że dziewczyna zasnęła. Położył ją do łóżka, przykrył, a sam poszedł spać na kanapie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz