6. It’s a sunny day outside my window

             No przecież. Na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Zerwałam się z miejsca, i podbiegłam do pudła z pamiątkami. Cudem nawet pamiętałam gdzie jest.
   - A potem mieszkałeś w Londynie. - Oznajmiłam szukając zdjęcia, ale w odpowiedzi chłopak jedynie dziwnie na mnie spojrzał, tak samo jak reszta. W końcu wygrzebałam odpowiedni album i fotografię, na której była cała rodzinka Hudson. Z jeszcze większym uśmiechem  i niezwykłą dumą podeszłam do chłopaka. Mulat chwilę przyglądał się zdjęciu, po czym aż podskoczył.
     - O kurwa. - Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Tina? Cholera w ogóle Cię nie poznałem. 
   - Zmieniłeś imię. - Powiedziałam nieco z wyrzutem, gdyby przedstawił się jako Saul od razu bym skojarzyła. Przynajmniej tak sobie mówiłam. Chłopak prychnął.
    - Ty też. - Rzeczywiście, on znał mnie jako Tinę, a dziś na pewno powiedziałam “Val”.
    - Nie prawda. - Odparłam raczej bez przekonania. - Oba to skróty. - Slash spojrzał na mnie jakby zupełnie wątpił w to co mówię.
    - Niby od czego? 
    - Valentina. Rodzina zawsze mówiła na mnie ‘Tina”, ale znajomi “Val” i tego głównie używam. - Widziałam, że chciał coś powiedzieć, ale Steven go wyprzedził.
   - Czy ktoś nam wytłumaczy co tu się kurwa odpierdala? - Jednocześnie spojrzeliśmy na blondyna. W tym momencie zadzwonił telefon. Poszłam więc odebrać, zostawiając Saula wyjaśnieniom.
    - Halo?
    - No cześć, żyjesz jeszcze? 
    - Letty! No jasne, co u Ciebie?
   - Wiesz, że u mnie zawsze jakoś leci. Bardziej mnie ciekawi co u Ciebie. Nie odzywałaś się wczoraj, już się zaczęłam martwić. - Nagle za mną wybuchła salwa śmiechu. - Ale słyszę, że po prostu zbyt dobrze się bawiłaś. A o mnie to się nie pamięta. - Zaśmiałam się na udawany obrażony głos przyjaciółki.
    - Wiesz, że o tobie się nie da zapomnieć. Ale fakt, teraz jestem zajęta. Zadzwonię później, ok?
    - Jasne. Trzymam Cię za słowo. 
        Wróciłam do moich gości przynosząc wszystkim jeszcze po piwie. Z czego byli bardzo zadowoleni. Przyznam, że myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Wzięło mnie na wspominki, a to ostatnio kiepawo się u mnie kończy. Starałam się nie myśleć o rodzicach, a bardziej wspominać Saula. Poznaliśmy się w Londynie kiedy odwiedzaliśmy znajomą mamy, mieliśmy jakieś 8 lat. Po wyjeździe przez dosyć długi czas do siebie pisywaliśmy i czasem nawet dzwoniliśmy. Myślę, że mogłabym nas nazwać przyjaciółmi, wiele sobie powiedzieliśmy. Na tyle na ile mogą się uzewnętrzniać dzieciaki. Dzieliliśmy radości, smutki, problemy. No ale wiadomo jak to jest, zwłaszcza w tym wieku, kontakt w końcu się urwał. Choć jeszcze długo wracałam do tych wspomnień mając nadzieję, że kiedyś go jeszcze zobaczę. Niestety nie dane mi było po raz kolejny odwiedzić Londyn. Nigdy bym się nie spodziewała spotkać go tutaj. Im dłużej jednak o tym wszystkim myślałam, tym bardziej znów odczuwałam tęsknotę i żal za rodzicami, postanowiłam więc na razie porzucić te myśli i wrócić do rozmowy. 
         Chłopaki siedzieli jeszcze trochę co zdecydowanie pomogło odgonić wspomnienia i poprawiło mi humor. Kiedy wrócili do siebie weszłam do kuchni i zrobiłam szybki obiad. Potem położyłam się na mojej wymarzonej wręcz kanapie dzwoniąc do Letty. Nie musiałam czekać za bardzo na odpowiedź.
    - Halo.
    - Obiecałam to dzwonię.
    - To dobrze, bo wiesz, że bym cię męczyła telefonami. 
    - Wiem, wiem.
    - To opowiadaj co tam.
   - Dzisiaj nareszcie przyjechała ciężarówka. Wszędzie jest cholera tyle pudeł, ze rozpakowanie tego zajmie mi całe wieki. Przydałabyś się.
   - No jasne, do roboty to bym się przydała, a zadzwonić to nie ma kto. - Odpowiedziała z udawanym oburzeniem. - To wszystko to był twój pomysł, także mnie w to nie pakuj. - Zaśmiała się jednak w jej głosie usłyszałam nutkę żalu. Wiedziałam, że moja przeprowadzka średnio jej leży i nie uważa tego za najlepszą opcję, ale najwyraźniej nie zdawałam sobie sprawy jak mocne były te uczucia. Nie chciałam, żeby wyniknęła z tego kłótnia, więc postanowiłam zmienić temat.
    - Cóż no znalazłam innych pomagierów. Nie uwierzysz kogo.
   - Czyżby twojego niesamowicie przystojnego rozmówcę z poprzedniej wizyty? Tak szybko go zagoniłaś do roboty?
    - Nieee, chociaż jego też spotkałam. Ale nie o tym. Pamiętasz jak lata temu byłam z rodzicami w Londynie?
   - No jasne, nie było Cię całe wieki. - Zaśmiałyśmy się. To dziwne jak zmienia się postrzeganie czasu. Kiedy jesteś dzieckiem tydzień wydaje się wiecznością, a im jesteś starszy tym bardziej czas zapierdala. 
    - A pamiętasz jak Ci opowiadałam o Saulu?
    - Oczywiście. Nienawidziłam go.
    - Co?! Jak to? Nie znałaś go! - Zaśmiałam się, a Letty mi zawtórowała.
   - Nie, ale wiesz jak to jest. Moja najlepsza przyjaciółka wyjechała na całe wieki i nie było z nią kontaktu, a jak wraca to nie może się zamknąć o jakiś kurwa Saulu. Czułam się zdradzona. Nie mogłam znieść jak o nim opowiadałaś. Zawsze próbowałam zmienić temat albo odwrócić twoją uwagę. Nie zauważyłaś? - Znów się zaśmiała.
    - Widocznie nie byłam zbyt spostrzegawczym dzieckiem. - Również się zaśmiałam.
    - Chyba żadne dziecko nie jest. No ale to rozumiem, że nastąpiło rzewne ponowne spotkanie po latach. Padliście sobie ramiona i w ogóle?
    - Żartujesz? Minęło z 15 lat. W ogóle mnie nie poznał, a ja długo nie mogłam skojarzyć skąd go znam. Aleee, okazało się, że mieszka z zespołem na przeciwko.
    - Z zespołem? Cholera każdy tam ma zespół, czy co?
    - No wyglądałoby na to, że głównie dlatego ludzie tu przyjeżdżają - robić karierę. No chyba, że ja mam po prostu takie wyjebiste szczęście. Nie to żebym narzekała.
        Opowiedziałam przyjaciółce dokładniej o dzisiejszych przygodach i wczorajszym spotkaniu. 
    - O cholera, ale Cię tam faceci obskoczyli. Chyba wprowadzę się do Ciebie, chociaż na trochę. 
    - A co przeleciałaś już wszystkich w Nowym Jorku? - Zaśmiałam się.
    - Tych wartych uwagi już tak. - Dziewczyna również się zaśmiała.
    - W takim razie koniecznie musisz kiedyś przyjechać. 
    - Oj na bank skorzystam z tego zaproszenia. 
        Letty pomarudziła jeszcze na swoją pracę i brak łóżkowych problemów po czym usłyszałam jej dzwonek do drzwi i musiała już iść. W ten sposób znów zostałam sama. Leżenie na kanapie mi w żaden sposób nie pomoże, trzeba czymś się zająć. Jestem całkiem padnięta, nie dość, że się nie wyspałam to wykończyło mnie to dźwiganie. No ale na pójście spać jeszcze trochę za wcześnie. Spojrzałam po kartonach stojących wszędzie dookoła. Trzeba to będzie wszystko rozpakować. Mogłabym się za to zabrać, dużo pewnie nie zrobię ale chociaż zacznę. 
        No więc zaczęłam. Niby pudła były podpisane, ale nie wiedziałam co dokładnie jest w którym i łaziłam tylko w tę i z powrotem przekładając rzeczy to tu to tam. W ten sposób ani się obejrzałam a zrobiłam jeszcze większy bajzel niż był. Dobra, to był do dupy pomysł. Chyba się poddaję. Poczytam dzisiaj książkę albo coś, ale do roboty to się ewidentnie już nie nadaję. Najpierw jednak spędziłam długi czas pod relaksującym strumieniem gorącej wody. Prysznic po dniu pełnym wrażeń był cudowny. Wycierałam właśnie włosy kiedy usłyszałam telefon. Zbiegłam na dół i odebrałam.
    - Halo.
    - Hej. Tu Rachel, pomyślałem, że może chciałabyś wyjść na drinka. 
   - Oo, hej. Bardzo bym chciała, ale jestem całkiem padnięta, także to byłby wyjątkowo krótki wieczór. - Zaśmiałam się i już miałam zaproponować jutrzejszy dzień ale rzuciłam okiem na otaczające mnie pudła. Musze to rozpakować im szybciej tym lepiej, w końcu trzeba zacząć normalnie funkcjonować. - Co powiesz na pojutrze?
    - Hmm, mamy wtedy próbę, ale jak chcesz możesz na nią wpaść, a później pójdziemy się napić. 
   - No jasne, muszę zobaczyć ten twój zespół, bo zaczynam powoli wątpić w ich istnienie. - Chłopak zaśmiał się.
    - To koniecznie wpadaj. 
    - O której ta próba? I gdzie?
    - O 15, na - Nie dałam mu dokończyć.
   - Czekaj, muszę zapisać. - No i tu pojawił się problem. Czym i gdzie niby zapisać? Zaczęłam na szybko szukać pudła z napisem, który wskazywałby na jakiekolwiek medium pisania. W końcu je dostrzegłam, jednak ruszając w jego kierunku zahaczyłam o inne pudło i piękna pudłowa wieża, którą wcześniej ułożyłam upadła z wielkim hukiem. Usłyszałam jak Rachel woła moje imię.
    - Val, żyjesz?
    - Tak, sorry, jeszcze się nie zdążyłam rozpakować i pudła mi się posypały. 
        Chłopak podał mi adres i swój numer telefonu, które skrzętnie zapisałam na kawałku kartki. Po czym życzył mi miłej nocy i znalazłam się znów samotna w czterech ścianach. Z pudełka, które upadło wypadły książki i rozsypały się po podłodze. Wzięłam pierwszą z brzegu i poszłam na górę, wczołgałam się do łóżka i próbowałam czytać. Nie szło mi najlepiej, w ogóle nie mogłam się skupić. W końcu dałam sobie spokój, zgasiłam światło i położyłam się mając nadzieję, że zasnę jak najszybciej. 
Niestety tak się nie stało. Cisza jaka panowała w domu wydała mi się przytłaczająca. Wspomnienia wspólnych wycieczek z rodzicami pojawiły się niczym duchy, które wcześniej trzymała w ryzach żarówka, a gdy tylko zgasła zjawy urosły w siłę i zapełniły mój umysł. Byłam tak potwornie zmęczona, czułam, że nie dam rady ich powstrzymać. Pozwoliłam więc, aby płynęły wraz ze łzami.
        Widziałam naszą wycieczkę do Londynu.
        Obiad u cioci Janet.
        Wyjście do parku i na lody.
        Wizytę Hudsonów.
        Zabawę z Saulem. 
        Ferie w Aspen.
        Rzucanie się śnieżkami z Robertem.
        Ośnieżone stoki, a z góry zapierające dech w piersiach widoki.
        Gorącą herbatę przy kominku. 
        Wakacje w San Francisco.
        Kąpiele w oceanie.
        Opalanie się na gorącej plaży.
        Wizyta w muzeum sztuki współczesnej.
        Tony lodów kiedy żar lał się z nieba. 
        Nagle, jarzeniówki odbijające się od śnieżnobiałych płytek, zbyt jasne by na nie patrzeć. 
Obudziłam się gwałtownie, jakby wyciągnięta z innego świata. Słońce wpadało przez okno prosto na moją twarz oślepiając mnie. Muszę kupić zasłony. Mój sen znów się powtórzył. Już dawno mi się nie śnił. Pewnie to niespodziewane spotkanie wczoraj znów go przywołało. Poszłam zmyć jego pozostałości gorącym prysznicem. Pomogło. Jednak schodząc na dół czułam podążające za mną duchy przeszłości. Odkryłam, że jest kilka sposobów na te zjawy:
      1. Towarzystwo - o tej porze raczej nie miałam co na to liczyć. 
   2. Praca - jeszcze do tego wrócę, ale najpierw przydałoby się coś zjeść, bo długo tak nie pociągnę. 
      3. Muzyka. 
        Z pudeł odkopałam więc gramofon i włączyłam pierwszą płytę jaka wpadła mi w ręce. Był to Black Sabbath. Niezły początek dnia. Żeby zrobić sobie śniadanie wypakowałam kilka potrzebnych rzeczy z pudeł podpisanych “kuchnia”.  Z pełnym talerzem i kubkiem gorącej kawy usiadłam na tarasie. Poranek był nieco chłodny, ale było to bardzo przyjemne, orzeźwiające. Jakiś czas siedziałam jeszcze patrząc na ogród i nieskazitelnie błękitne niebo. Zapowiadał się piękny dzień. 
        Czas zacząć rozpakowywanie a jako, że nadal jestem w piżamie, to czas je zacząć od szafy. Pudła z ubraniami były już na górze. Otworzyłam je i wygrzebałam z nich jakieś ciuchy na dzisiaj, takie idealne do upierdolenia, a włosy upięłam do góry. Pootwierałam wszystkie okna w domu, żeby wpuścić świeże, rześkie powietrze po czym rzuciłam się w wir sprzątania. Umyłam podłogę w sypialni później komodę i szafę, a następnie wpakowałam do nich wszystkie ubrania. Stwierdzając przy tym, że mam ich o wiele za dużo. 
        Następna była łazienka. Wymyłam ją od podłogi po sam sufit, po czym szybko zapełniły ją wszelkiego rodzaju kosmetyki. Zeszłam na dół napić się wody i zmienić płytę. Miałam wrażenie, że ta przestała grać już dawno temu, ale byłam tak zajęta, że nie zauważyłam. Tym razem padło na Ramones. Postanowiłam też zaatakować kuchnię. Ta również została skrzętnie wyczyszczona, a następnie zapełniona wnętrznościami pudeł. Nareszcie była w pełni funkcjonująca. 
       Wróciłam na górę wraz z pudłem książek, które trafiły na świeżo umyte półki w najmniejszym pokoju. Umyłam w nim podłogę, po czym na jednej ze ścian powiesiłam mój bas i elektryka. Poniżej nich stanęły piece oraz akustyk. Przy okazji umyłam biurko stojące pod oknem i samo okno. Skoro już tak się wzięłam za tą robotę, której najbardziej nienawidziłam to zrobiłam obchód myjąc wszystkie szyby po kolei. Kiedy już myślałam, że to niewdzięczne zadanie mam z głowy zobaczyłam jeszcze jedną. Jak to możliwe, że wcześniej nie zwróciłam na nie uwagi? Siłą rzeczy musiało tu być jak się wprowadziłam. Znajdowało się na końcu korytarza, niewielkie, nie wpuszczało zbyt dużo świała. Podeszłam i zobaczyłam, że wychodzi prosto na dach tarasu, dzięki czemu bez problemu można na niego przejść. Nie byłam do końca pewna, czemu tu jest, raczej dziwne miejsce na okno, ale podobało mi się to “ukryte” przejście. Jego również nie ominęło czyszczenie. 
        Poszłam do drugiego pokoju, zdecydowanie będzie to sypialnia gościnna, więc będzie tu niewiele roboty. Miałam rację. Dosyć szybko miałam całe pomieszczenie z głowy. Brakowało jeszcze pewnych detali i dekoracji, ale te są w różnych pudełkach i nie miałam zamiaru się tym teraz zajmować. Wtedy mój żołądek dał o sobie znać. 
          Znów zeszłam na dół, zmieniłam płytę na AC/DC i wzięłam się za gotowanie obiadu w mojej jakże ślicznej kuchni. Znów zjadłam na tarasie, a potem wylegiwałam się w słońcu popijając piwo. Zastanawiałam się co robi Scarlett. Pewnie jeszcze jest w pracy. Jak minął jej dzień? Mam nadzieję, że dobrze. Brakowało mi jej. Tego, że nie wpadnie nagle po pracy psiocząc na szefa. Że nie zobaczę jej w progu z butelką Danielsa i nie będziemy gadać godzinami o wszystkim co tylko nam język przyniesie. 
        Wróciłam do sprzątania, choć teraz już z dużo mniejszą energią. Umyłam resztę podłóg i szafek. Poprzestawiałam meble w salonie ze trzy razy próbując znaleźć idealne ustawienie. Nawet nie zauważyłam kiedy się ściemniło. Zostało jedynie kilka niedużych pudeł do rozpakowania, chyba na dzisiaj wystarczy. Mogę dokończyć jutro zanim wyjdę. 
        Posiedziałam jakiś czas przed telewizorem oglądając pierdoły, ale kiedy zaczęłam przysypiać resztką sił wdrapałam się po schodach i ległam w łóżku. Byłam wykończona, na bank jutro nie będę się mogła ruszyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz