Miałam poprosić Letty żeby poleciała ze mną, ale zaczęła właśnie nową pracę i nie chciałam, żeby od razu ją zwolnili, bo jak tak dalej pójdzie to musiałabym zacząć ją utrzymywać. Wybrałam się więc sama. Podróż była długa i męcząca ale też ekscytująca. Miasto jest naprawdę piękne, a z każdą chwilą którą tu jestem utwierdzam się w przekonaniu, że to był najlepszy wybór. Z panem Moorem jestem umówiona jutro rano, przydałoby się przespać. Niestety we wszystkich hotelach, które nie miały cen z kosmosu, nie było już wolnych pokoi. Stwierdziłam, więc, że przejdę się po okolicy, pozwiedzam i na pewno znajdę jakiś motel niedaleko.
Chodziłam po tym jebanym mieście już chyba całe godziny. Nie wiedziałam gdzie jestem, ani gdzie idę, ale nie miałam siły żeby iść dalej. Nagle moim oczom ukazał się dość duży, piętrowy budynek z ogromnym, świecącym napisem „Motel”. Przez chwilę wahałam się czy wejść do środka, bo z zewnątrz wyglądał trochę jakby zaraz miał się zawalić. Popękane ściany, odpadający tynk i mocno zniszczone drzwi przed którymi stało kilka pustych butelek po jakimś tanim winie. W ogóle wszędzie było pełno paczek po fajkach, opakowań po pizzy, butelek po wypitych już trunkach i innych podejrzanych przedmiotów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz